Archiwa tagu: recenzje

Niech żyje królowa!

Nie tak dawno okrzyknięto Katarzynę Bondę królową polskiego kryminału. Chociaż jestem zaintrygowana samą osobą pisarki i nie mogę odmówić jej technicznego kunsztu, trochę drażni mnie, że tak szybko zapomniano o Joannie Chmielewskiej. Była moją idolką i dziwnie jest mi myśleć o kimś innym na jej miejscu.

Już jako dziecko nauczyłam się, że nie można czytać jej książek mając na celu samodzielne rozwiązanie zagadki. To niemożliwe.Tylko człowieka głowa rozboli od słowotoku. Chmielewska potrzebuje czegoś więcej.

 Kluczem do jej twórczości jest poddanie się opowieści. To jak spotkanie się na kawie z przyjaciółką. Będzie opowiadać o tysiącu codziennych sprawach, plotkach ze świata rodziny i znajomych, ale tak pikantnie i ciekawie, że możesz tam siedzieć, pić dziesiątą latte i słuchać.

O to właśnie chodzi. Żeby poddać się opowieści o krwawej zbrodni popełnionej przez czyjegoś gacha, a potem ucieczce kurcgalopkiem przed zagrożeniem ( to zresztą chyba jedyne rozsądne określenie na bieg w szpilkach). Zadziwić fantazją autorki.

Moją ulubioną książką Chmielewskiej jest „Wszystko czerwone”. Fabuła jest mniej więcej taka: Na przyjęciu dla przyjaciół Chmielewskiej w Danii popełniona zostaje zbrodnia, która pociąga za sobą cały łańcuch następnych. Wygląda na to, że ofiarą ma być konkretna osoba. Tylko dlaczego? I jak to się dzieje, że sprawca ciągle partaczy?

  
Podobno to prawdziwi znajomi Chmielewskiej zostali opisani w książce. Autorka miała nawet pytać, kto chce być sprawcą, i ułożyć fabułę zgodnie z życzeniem. To bardzo sympatyczne rozwiązanie problemu autobiograficznych inspiracji.

Dopiero niedawno sięgnęłam po książkę Bondy. Moim największym marzeniem jest napisanie własnej książki, ale kiepsko mi to szczerze mówiąc idzie. Konstrukcji i planowania próbuję uczyć się z poradników, ale to mała nisza zapełniona głównie tłumaczeniami z angielskiego. A przecież inaczej wygląda literatura polska i obcojęzyczna, różna jest gramatyka, brzmienie, budowa zdań. Polskie pozycje szybko zostają białymi krukami, tak jak na przykład „Galeria złamanych piór”.

Dlatego właśnie sięgnęłam po „Maszynę do pisania” Katarzyny Bondy. Nie jestem zresztą zawiedziona. Autorka jest bardzo dobrze wykształcona w tej dziedzinie. Uczy zresztą w szkole kreatywnego pisania. Jej rady dotyczące przygotowania czy budowania fabuły są interesujące. Brzmią prawdziwie. Podaje też dużo ciekawych ćwiczeń i ciekawostek.

  
Czasem jednak irytuje nawiązaniami do własnych książek. O większości opisywanych przez nią cudzych powieści niewiele słyszałam. Choć wychwala Flauberta pod niebiosa, wygląda na to, że czytała tylko „Panią Bovary”. Jej opinie na temat długości i formy powieści są bardzo nieobiektywne. Cały czas cytuje Arystotelesa, do którego mam osobistą antypatię.

To jednak tylko drobne mankamenty. Wiem już, że bardzo przyda mi się wiedza wyniesiona z lektury. Bonda to pisarka systematyczna, misternie i cierpliwie budująca fabułę. Można jej w tej kwestii zaufać.

  
Do księgarni wchodzi nowa powieść Bondy, „Okularnik”. Już zbiera pozytywne recenzje. Podobno porusza ambitne tematy, takie jak wysiedlenia ludności wschodniej. To rasowa, ciemna powieść z dreszczykiem. 

Bonda nie pojawiła się znikąd. Przez wiele lat pracowała jako dziennikarka i napisała też książkę non-fiction, „Polskie morderczynnie”. Opowiada, że po poważnym wypadku przewartościowałam swoje życie i zdecydowała się zająć prawdziwą pasją. Została pisarką kryminałów.

To ciekawe, jak bardzo różnią się od siebie dwie królowe kryminału. Jedna bazowała na własnym uroku i poetyckiej frazie, druga dba głównie o budowę fabuły i wartką akcję. Będę bacznie obserwować to nowe panowanie.

Drugi raz

Najbardziej intensywny okres fascynacji Wisławą Szymborską przeżyłam w gimnazjum. Podobały mi się jej wiersze. Były przejrzyste, klarowne i zrozumiałe. Często zaskakiwały podejściem do tematu, ale nigdy nie marnowały słów na egzaltowane wywody. Domeną Szymborskiej była analiza, a mnie- matfizowemu sercu- bardzo się to podobało.

  
Zdążyłam się nawet skompromitować w gimnazjum, mówiąc „Wietnam” i jakiś polityczny wiersz Gałczyńskiego. Nie rozumiałam ich wtedy zbyt dobrze. Z perspektywy czasu dziękuję jury, że nie przepuścili mnie dalej. Nie zasługiwałem na to.
Potem trafiłam na szyderczy artykuł o Wisławie. Razem z „Kamieniami na szaniec” wbito nam do głowy, że kolaboracja to zło. Czułam się zdradzona. Jakby autorka okłamała mnie w bardzo wyrafinowany sposób. Straciłam idola.

Dopiero po latach zaczęłam czytać Kunderę i Céline’a. Zaakceptowałam fakt, że pisarz jest zwykłym człowiekiem, a nie jakimś żelaznym kompasem moralnym. Sama popełniłam błędy i zaczęłam wybaczać je innym. Przynajmniej w ograniczonym zakresie.

Ostatnio przy lekturze „Pamiętam, że było gorąco” natknęłam się na anegdotę o Szymborskiej:

Lubi Pan cudze koty, na przykład koty znajomych?Konwicki: Byłem zaproszony z grupą literatów przez dyrektora Louisiana Museum w Kopenhadze. To bardzo zamożni ludzie, szklane pawilony nad morzem, sztuka współczesna, piękny park, trawa przycięta. Składamy wizytę. Wchodzimy, wita nas pan dyrektor i jego piękna, wytworna żona z jakimś egzotycznym kotem. Ja przechodzę, witam się z panem, z panią i z jakiejś chęci podlizania się chcę pogłaskać kota, ale rezygnuję. Za mną idzie Wisława Szymborska. Szlachetna, dobra, kochająca zwierzęta. Wysuwa rękę, żeby pogładzić kotka, a kocur wpija się jej w środek dłoni. Krew sika na wszystkie strony. Pani Wisława mówi, że to drobiazg, ale to wcale nie taki drobiazg.

Wtedy zrobiło mi się trochę wstyd, że tak pochopnie Szymborską oceniłam jak ten kot. I postanowiłam wrócić na trochę do jej wierszy.

  
„Nic dwa razy” znam na pamięć, ale to nietrudne. Wiersz jest zrozumiały i bardzo rytmiczny, doskonale nadaje się do mówienia pod prysznicem, jeśli ktoś lubi takie rzeczy. Polecam.

A to jeden z moich ulubionych:

Głos w sprawie pornografii

Nie ma rozpusty gorszej niż myślenie.
Pleni się ta swawola jak wiatropylny chwast
na grządce wytyczonej przez stokrotki.

Dla takich, którzy myślą, święte nie jest nic.
Zuchwałe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów- w to im właśnie graj.

W dzień jasny albo pod osłoną nocy
łączą się w pary, trójkąty i koła.
Dowolna jest tu płeć i wiek partnerów.
Oczy im błyszczą, policzki pałają.
Przyjaciel wykoleja przyjaciela.
Wyrodne córki deprawują ojca.
Brat młodszą siostrę stręczy do nierządu.

Inne im w smak owoce
z zakazanego drzewa wiadomości
niż różowe pośladki z pism ilustrowanych,
cała ta prostoduszna w gruncie pornografia.
Książki, które ich bawią, nie mają obrazków.
Jedyna rozmaitość to specjalne zdania
paznokciem zakreślone albo kredką.

Zgroza, w jakich pozycjach,
z jak wyuzdaną prostotą
umysłowi udaje się zapłodnić umysł.
Nie zna takich pozycji nawet Kamasutra.

W czasie tych schadzek parzy się ledwie herbata.
Ludzie siedzą na krzesłach, poruszają ustami.
Nogę na nogę każdy sam sobie zakłada.
Jedna stopa w ten sposób dotyka podłogi,
druga swobodnie kiwa się w powietrzu.
Czasem tylko ktoś wstanie,
zbliży się do okna
i przez szparę w firankach
podgląda ulicę.

I cisza. Wiersz trochę długi, ale prawdziwy. Bo prawdziwym zagrożeniem jest wolna myśl, nie wolna miłość. W niej chodzi o coś więcej. Może inspirować innych, zmienić świat.

Dzisiaj nie jest to może tak oczywiste. Zgadzamy się na manipulację, reklamy i dostrajamy się do cudzych pragnień. Kiedyś było inaczej. Społeczeństwo pragnęło rewolucji, a każdy zalążek wolnej myśli był potencjalnie niebezpieczny. 

Ale teraz też są warunki i miejsca, gdzie wolna myśl bywa naprawdę niewygodna. Oczywiście to sekty, systemy totalitarne i kraje szykujące się do wojny, ale też zwyczajna kaprala rzeczywistość.

Miała pani rację, pani Szymborska.