Archiwa tagu: pisanie

Być blisko

To moje pierwsze opowiadanie opublikowane na tym blogu. Przepraszam za wszystkie usterki. Liczę na konstruktywną krytykę i dziękuję za zainteresowanie! 

***

Być blisko

Od pierwszego dnia w szkole mój brat bardzo stara się dorosnąć. Dla mnie i innych wciąż pozostaje dzieckiem i bardzo go to denerwuje.

– Jakie on ma słodziutkie złote loczki! Aż chciałoby się go zjeść.- mówi fryzjerka, a on natychmiast chce się obciąć na jeża.Od pierwszego dnia w szkole mój brat bardzo stara się dorosnąć. Dla mnie i innych wciąż pozostaje dzieckiem i bardzo go to denerwuje.

Ma tysiąc pomysłów na minutę. Trudno jest mi za nim nadążyć, zrozumieć, dlaczego krzyczy z rozpaczy albo uśmiecha się porozumiewawczo. Kiedyś to wiedziałam.

– Nie będziesz chodził na treningi w soboty- mówi tata- Nie dajemy rady wozić cię dzień w dzień. Nam też się coś od życia należy!

– Ale tam chodzą wszyscy. Naprawdę!

Mój brat ma łzy w oczach. Strasznie się wszystkim przejmuje, jak zawsze zresztą. Chce być silny i dzielny. Nie wie, że cały czas taki jest, tylko na swój sposób.

To jego pierwszy rok w szkole. Do domu przychodzi rozbrykany, wygląda na to, że dobrze tam sobie radzi. Chwali się, że najlepiej w klasie czyta, kopie i najbardziej go wszyscy lubią. Ciekawią mnie jego koledzy. Może oni znają go lepiej i wiedzą, dlaczego wciąż jest taki nerwowy?

Ostatnio kłóci się ze wszystkimi. Na przykład teraz, z mamą, bo nie chce wracać do domu. Cały czas wyzywa bez powodu. Mam wyrzuty sumienia, jak na niego patrzę. Tyle czasu poświęcam na naukę. Może gdybym wcześniej zwróciła na niego uwagę, byłoby inaczej?

W końcu mama rzuca mi zrezygnowane spojrzenie.

– Mam zaraz wizytę lekarską. Możesz wrócić z nim pociągiem, gdy tylko się uspokoi?

Kiwam głową.

I tak siedzimy sobie na ławeczce przed Empikiem, mój brat i ja. Chyba jest mu już lepiej. Przestaje płakać. Mruga tylko spuchniętymi powiekami.

– Pójdziesz ze mną zobaczyć czerwoną lokomotywę?- pyta- Oskar mówił, że jest niedaleko. Podobno stara. Zabytek.

– Nie ma mowy. O szóstej mamy ostatni pociąg i musimy zdążyć.

– Ale ja muszę zobaczyć lokomotywę!

– Uspokój się, możemy tam jeszcze wrócić…

Nagle wyrywa mi się i biegnie przez ulicę. Dookoła są tłumy ludzi. Próbuję go dogonić, ale co jakiś czas niknie w tłumie. Serce mi wali. Miałam być za niego odpowiedzialna, a teraz co? Już widzę rozczarowaną minę mamy.

Nagle miga mi jego jasna czupryna. Wbiega w skrót, w uliczkę narkomanów. Mój kolega tam mieszka. Żadna z jego opowieści o okolicy nie kończy się dobrze.

– Michał! Wracaj tu!

Cały czas oglądam się we wszystkie strony. Na pierwszy rzut oka uliczka jest pusta, ale wcale mnie to nie uspokaja. Dobrze, widzę go, chwilowo cały i zdrowy. Potykam się. Dlaczego on musi trenować piłkę? Nie nadążam.

Jest już przy samym dworcu. Obserwuję go uważnie. Gdzie on ma tę lokomotywę? Dokąd biegnie? Wydaje się zdezorientowany. To moja szansa.

– Michał! Chodź tu!

Nawet się nie odwraca, tylko wchodzi na tory. O nie. O nie, nie, nie. Co teraz?

– Co ty robisz, Michał? Wracaj tu! Zaraz coś cię przejedzie!

Podaję mu rękę, w końcu szarpię, ale on ani drgnie.

– Nie mogę, muszę zobaczyć lokomotywę!

– Jak umrzesz, to nic już nie zobaczysz! Chodź tu, durniu!

Wygląda na wstrząśniętego, ale chwyta mnie za rękę i spokojnie daje się zaprowadzić do pociągu.

– Nie mam pojęcia, co ci odbiło. No po prostu nie wiem! Jak wrócimy, dostaniesz karę na wieczność! Osobiście o to zadbam.

Cisza.

– Olek powiedział, że jak nie znajdę lokomotywy, to nie jestem gościem. Jego tata mu pokazał. Jest maszynistą. Olek mówi na Sandrę heksa, a na Bartka kujon. A na mnie będzie mówił dzidziuś, jeśli nie obejrzę lokomotywy.

Zrozumiałam.

– Nie przejmuj się. Coś wymyślimy na tą podłą żmiję. On to dopiero dostanie karę!

Michał uśmiechnął się.

– Ale dorośli nie uciekają, pamiętaj- mówię.

– Dobrze. Będę.

Niech żyje królowa!

Nie tak dawno okrzyknięto Katarzynę Bondę królową polskiego kryminału. Chociaż jestem zaintrygowana samą osobą pisarki i nie mogę odmówić jej technicznego kunsztu, trochę drażni mnie, że tak szybko zapomniano o Joannie Chmielewskiej. Była moją idolką i dziwnie jest mi myśleć o kimś innym na jej miejscu.

Już jako dziecko nauczyłam się, że nie można czytać jej książek mając na celu samodzielne rozwiązanie zagadki. To niemożliwe.Tylko człowieka głowa rozboli od słowotoku. Chmielewska potrzebuje czegoś więcej.

 Kluczem do jej twórczości jest poddanie się opowieści. To jak spotkanie się na kawie z przyjaciółką. Będzie opowiadać o tysiącu codziennych sprawach, plotkach ze świata rodziny i znajomych, ale tak pikantnie i ciekawie, że możesz tam siedzieć, pić dziesiątą latte i słuchać.

O to właśnie chodzi. Żeby poddać się opowieści o krwawej zbrodni popełnionej przez czyjegoś gacha, a potem ucieczce kurcgalopkiem przed zagrożeniem ( to zresztą chyba jedyne rozsądne określenie na bieg w szpilkach). Zadziwić fantazją autorki.

Moją ulubioną książką Chmielewskiej jest „Wszystko czerwone”. Fabuła jest mniej więcej taka: Na przyjęciu dla przyjaciół Chmielewskiej w Danii popełniona zostaje zbrodnia, która pociąga za sobą cały łańcuch następnych. Wygląda na to, że ofiarą ma być konkretna osoba. Tylko dlaczego? I jak to się dzieje, że sprawca ciągle partaczy?

  
Podobno to prawdziwi znajomi Chmielewskiej zostali opisani w książce. Autorka miała nawet pytać, kto chce być sprawcą, i ułożyć fabułę zgodnie z życzeniem. To bardzo sympatyczne rozwiązanie problemu autobiograficznych inspiracji.

Dopiero niedawno sięgnęłam po książkę Bondy. Moim największym marzeniem jest napisanie własnej książki, ale kiepsko mi to szczerze mówiąc idzie. Konstrukcji i planowania próbuję uczyć się z poradników, ale to mała nisza zapełniona głównie tłumaczeniami z angielskiego. A przecież inaczej wygląda literatura polska i obcojęzyczna, różna jest gramatyka, brzmienie, budowa zdań. Polskie pozycje szybko zostają białymi krukami, tak jak na przykład „Galeria złamanych piór”.

Dlatego właśnie sięgnęłam po „Maszynę do pisania” Katarzyny Bondy. Nie jestem zresztą zawiedziona. Autorka jest bardzo dobrze wykształcona w tej dziedzinie. Uczy zresztą w szkole kreatywnego pisania. Jej rady dotyczące przygotowania czy budowania fabuły są interesujące. Brzmią prawdziwie. Podaje też dużo ciekawych ćwiczeń i ciekawostek.

  
Czasem jednak irytuje nawiązaniami do własnych książek. O większości opisywanych przez nią cudzych powieści niewiele słyszałam. Choć wychwala Flauberta pod niebiosa, wygląda na to, że czytała tylko „Panią Bovary”. Jej opinie na temat długości i formy powieści są bardzo nieobiektywne. Cały czas cytuje Arystotelesa, do którego mam osobistą antypatię.

To jednak tylko drobne mankamenty. Wiem już, że bardzo przyda mi się wiedza wyniesiona z lektury. Bonda to pisarka systematyczna, misternie i cierpliwie budująca fabułę. Można jej w tej kwestii zaufać.

  
Do księgarni wchodzi nowa powieść Bondy, „Okularnik”. Już zbiera pozytywne recenzje. Podobno porusza ambitne tematy, takie jak wysiedlenia ludności wschodniej. To rasowa, ciemna powieść z dreszczykiem. 

Bonda nie pojawiła się znikąd. Przez wiele lat pracowała jako dziennikarka i napisała też książkę non-fiction, „Polskie morderczynnie”. Opowiada, że po poważnym wypadku przewartościowałam swoje życie i zdecydowała się zająć prawdziwą pasją. Została pisarką kryminałów.

To ciekawe, jak bardzo różnią się od siebie dwie królowe kryminału. Jedna bazowała na własnym uroku i poetyckiej frazie, druga dba głównie o budowę fabuły i wartką akcję. Będę bacznie obserwować to nowe panowanie.