Archiwa tagu: literatura

Fantastycznie

Czytanie książek to bardzo przyjemne zajęcie. Dobrze jest móc czasem uciec ze świata codziennych problemów i żyć jak bohater. Literatura prezentuje tysiące możliwości, od plażowania na Marsie do śledzenia rzymskich zbrodni, tak więc każdy znajdzie w niej coś dla siebie. To idealne biuro podróży, oferujące nie tylko zmianę miejsca, ale też celu podróży.

  Uzależnienie od książek ma niestety skutki uboczne. Nie mówię tu nawet o braku czasu i pogarszającym się wzroku. Literatura rozbudza w ludziach pragnienia. Bohaterowie zawsze żyją lepiej, mocniej, pełniej. Zwykle nie są obciążeni wieloma obowiązkami, mają za to czas na niekończące się przygody. Oczywiście, ich życie bywa bardzo trudne. Wątpię, czy jakiś fan Igrzysk Śmierci byłby skłonny przenieść się do Panem. Niemniej, bohaterów rzadko dotyka nuda codziennego życia. Cierpią raczej na nadmiar niż niedomiar bodźców.

Biedny mól książkowy nie ma szans na takie przygody. Troszczy się raczej o przeżycie kolejnego dnia. Martwią go dzieci, praca, zdrowie. Często szuka w literaturze spełnienia marzeń, ucieczki od niezadowalającego życia.   Zazdrości bohaterom ich dni pełnych wrażeń. Czasem mól książkowy bywa nieśmiały i zamknięty w sobie. Wtedy jeszcze bardziej czuje, że takie życie jest dla niego niedostępne. Może zakopać się dalej w świecie fantazji i wynagradzać tak sobie prozę codzienności.

Niestety, chociaż książki są moim skromnym zdaniem najcudowniejszym wynalazkiem ludzkości, nie zastąpią życia. Są tylko iluzją. Piękną, mądrą, barwną iluzją.

Życie jest gdzie indziej.

Problem w tym, że czytelnik zawsze jest tylko obserwatorem wydarzeń. Nie uczestniczy w fabule naprawdę. Dlatego właśnie literatura nie da rady zastąpić relacji międzyludzkich. Może udoskonalić nasz sposób postrzegania innych ludzi, ale nie prowadzi z nami dialogu.

Czasem warto odłożyć na chwilę książkę i zadowolić się życiem codziennym. W końcu są rzeczy, których bohaterowie literaccy mogli by nam tylko pozazdrościć. Na pewno brakuje im spokoju i poczucia bezpieczeństwa.

 Dwa dni temu pojechaliśmy z klasą na wycieczkę w góry. Na początku było bardzo przyjemnie- słońce, droga, luz. Mieliśmy małe problemy ze znalezieniem naszych chatek na środku niczego, ale to nie pozbawiło nas animuszu. Pierwszym rozczarowaniem był brak zasięgu. Wreszcie rozpakowaliśmy się i poszliśmy coś zjeść. Nagle okazało się, że nie możemy nigdzie znaleźć jednego z naszych kolegów, a ktoś zauważył, jak szedł w stronę gór. W dodatku nadeszła burza. Nasza pani zaczęła lekko panikować i zarządziła poszukiwania. Czekaliśmy w naszych małych, mrocznych domkach na jakiekolwiek wieści.

Atmosfera iście kryminalna, prawda? No, my też trochę się baliśmy. Na początku było ciekawie, ale potem zaczęliśmy się zastanawiać, czy koledze nic się nie stało i czy morderca nie zaatakuje też nas. Mało przyjemne, mówiąc szczerze.

  
Na szczęście byliśmy w świecie rzeczywistym i kolega sam przyszedł z powrotem, cały zresztą przemoczony. Szukał zasięgu. Burza wkrótce minęła. Cieszyliśmy się piękną pogodą.

Dobrze, że mojemu życiu przez chwilę zabrakło dramaturgii i koledze nic nie jest. Czasem fajnie bywa w naszej codziennej nudzie. W książkach przygody wydają się zdecydowanie lepsze.

Drugi raz

Najbardziej intensywny okres fascynacji Wisławą Szymborską przeżyłam w gimnazjum. Podobały mi się jej wiersze. Były przejrzyste, klarowne i zrozumiałe. Często zaskakiwały podejściem do tematu, ale nigdy nie marnowały słów na egzaltowane wywody. Domeną Szymborskiej była analiza, a mnie- matfizowemu sercu- bardzo się to podobało.

  
Zdążyłam się nawet skompromitować w gimnazjum, mówiąc „Wietnam” i jakiś polityczny wiersz Gałczyńskiego. Nie rozumiałam ich wtedy zbyt dobrze. Z perspektywy czasu dziękuję jury, że nie przepuścili mnie dalej. Nie zasługiwałem na to.
Potem trafiłam na szyderczy artykuł o Wisławie. Razem z „Kamieniami na szaniec” wbito nam do głowy, że kolaboracja to zło. Czułam się zdradzona. Jakby autorka okłamała mnie w bardzo wyrafinowany sposób. Straciłam idola.

Dopiero po latach zaczęłam czytać Kunderę i Céline’a. Zaakceptowałam fakt, że pisarz jest zwykłym człowiekiem, a nie jakimś żelaznym kompasem moralnym. Sama popełniłam błędy i zaczęłam wybaczać je innym. Przynajmniej w ograniczonym zakresie.

Ostatnio przy lekturze „Pamiętam, że było gorąco” natknęłam się na anegdotę o Szymborskiej:

Lubi Pan cudze koty, na przykład koty znajomych?Konwicki: Byłem zaproszony z grupą literatów przez dyrektora Louisiana Museum w Kopenhadze. To bardzo zamożni ludzie, szklane pawilony nad morzem, sztuka współczesna, piękny park, trawa przycięta. Składamy wizytę. Wchodzimy, wita nas pan dyrektor i jego piękna, wytworna żona z jakimś egzotycznym kotem. Ja przechodzę, witam się z panem, z panią i z jakiejś chęci podlizania się chcę pogłaskać kota, ale rezygnuję. Za mną idzie Wisława Szymborska. Szlachetna, dobra, kochająca zwierzęta. Wysuwa rękę, żeby pogładzić kotka, a kocur wpija się jej w środek dłoni. Krew sika na wszystkie strony. Pani Wisława mówi, że to drobiazg, ale to wcale nie taki drobiazg.

Wtedy zrobiło mi się trochę wstyd, że tak pochopnie Szymborską oceniłam jak ten kot. I postanowiłam wrócić na trochę do jej wierszy.

  
„Nic dwa razy” znam na pamięć, ale to nietrudne. Wiersz jest zrozumiały i bardzo rytmiczny, doskonale nadaje się do mówienia pod prysznicem, jeśli ktoś lubi takie rzeczy. Polecam.

A to jeden z moich ulubionych:

Głos w sprawie pornografii

Nie ma rozpusty gorszej niż myślenie.
Pleni się ta swawola jak wiatropylny chwast
na grządce wytyczonej przez stokrotki.

Dla takich, którzy myślą, święte nie jest nic.
Zuchwałe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów- w to im właśnie graj.

W dzień jasny albo pod osłoną nocy
łączą się w pary, trójkąty i koła.
Dowolna jest tu płeć i wiek partnerów.
Oczy im błyszczą, policzki pałają.
Przyjaciel wykoleja przyjaciela.
Wyrodne córki deprawują ojca.
Brat młodszą siostrę stręczy do nierządu.

Inne im w smak owoce
z zakazanego drzewa wiadomości
niż różowe pośladki z pism ilustrowanych,
cała ta prostoduszna w gruncie pornografia.
Książki, które ich bawią, nie mają obrazków.
Jedyna rozmaitość to specjalne zdania
paznokciem zakreślone albo kredką.

Zgroza, w jakich pozycjach,
z jak wyuzdaną prostotą
umysłowi udaje się zapłodnić umysł.
Nie zna takich pozycji nawet Kamasutra.

W czasie tych schadzek parzy się ledwie herbata.
Ludzie siedzą na krzesłach, poruszają ustami.
Nogę na nogę każdy sam sobie zakłada.
Jedna stopa w ten sposób dotyka podłogi,
druga swobodnie kiwa się w powietrzu.
Czasem tylko ktoś wstanie,
zbliży się do okna
i przez szparę w firankach
podgląda ulicę.

I cisza. Wiersz trochę długi, ale prawdziwy. Bo prawdziwym zagrożeniem jest wolna myśl, nie wolna miłość. W niej chodzi o coś więcej. Może inspirować innych, zmienić świat.

Dzisiaj nie jest to może tak oczywiste. Zgadzamy się na manipulację, reklamy i dostrajamy się do cudzych pragnień. Kiedyś było inaczej. Społeczeństwo pragnęło rewolucji, a każdy zalążek wolnej myśli był potencjalnie niebezpieczny. 

Ale teraz też są warunki i miejsca, gdzie wolna myśl bywa naprawdę niewygodna. Oczywiście to sekty, systemy totalitarne i kraje szykujące się do wojny, ale też zwyczajna kaprala rzeczywistość.

Miała pani rację, pani Szymborska.