Archiwa tagu: kot

Życie i śmierć króla Jerzego

Król Jerzy III urodził się jako potomek bogatej i wpływowej rodziny. Miał więc duże szczęście jak na kota, bowiem w ciągu jego krótkiego życia nigdy jeszcze nie groziło mu niebezpieczeństwo. Jego świat przypominał ulubioną poduszkę z jego posłania, był miękki i idealnie dostosowany do wrażliwej skóry króla Jerzego.Poranek dla króla nie oznaczał żadnej stałej pory. Zazwyczaj budził go wschód słońca, ale w niektóre zimowe dni Jerzy nie wstawał wcale, nad zmarznięte łapy przedkładając słodką drzemkę. Karmiony był kawałkami ludzkiego jedzenia, porcjami baleronów i salcesonów, a do picia dostawał tylko i wyłącznie hipoalergiczne mleko sojowe. Większość czasu spędzał na przechadzaniu się po swojej posiadłości. Uwielbiał kłaść się na niedostępnych szczytach szafek i obserwować okolicę.

Król Jerzy szybko zorientował się, kto tak naprawdę jest w jego domu najważniejszy. Wiedział, że ci wielcy, powolni ludzie służą tylko do przynoszenia jedzenia i są mu poddańczo wierni. Jakież mogli mieć inne intencje, nadając mu tak władcze imię? Przez większość czasu nie wchodzili nawet w pole widzenia króla. Dopiero późnym wieczorem wracali i siadali, by wielbić swojego władcę. On z dobrej woli tolerował takie zachowania, chociaż osobiście uważał je za pozbawione szacunku. Wolał maniery bardziej zdystansowane i chłodne.

Czasem król Jerzy nudził się w swoim domu. Jego włości były zbyt czyste, żeby mógł znaleźć choć jedną mysz potrzebną do polowania, a jego ludzie nie mieli młodych. Od prozy życia ratowała go telewizja, której sposób włączania autorsko opracował. Wystarczyło usiąść ma czarnym pilocie, by móc cieszyć oczy widokiem kolorowych obrazków. Różne rzeczy tam opowiadali, nawet takie, które wydawały się Jerzemu snami na wpół ślepego kociaka. W większości mówiono o ludziach, co niezbyt bawiło króla. Co innego koty – nie podawano na ich temat zbyt wiele informacji, ale z dostępnych mu nagrań wynikało, że przejęły już nad ludźmi władzę w miejscu zwanym Internet. Ach, jak imponujące miały tam królestwo! To potwierdzało tylko poglądy Jerzego – kocia rasa potrzebowała już bardzo niewiele, aby zająć należne jej miejsce jako rządzący na Ziemi gatunek. 

Król był już dojrzałym kocurem i zdawał sobie sprawę z problemów nękających kocie społeczności. Słyszał o biedzie dachowców i marnym losie kotowatych w Chinach. Jak każdy porządny idealista wierzył jednak, że wszystkie te problemy są możliwe do rozwiązania. Wystarczy jedynie wyeliminować barbarzyńskie psy i przywrócić przez to światu harmonię, zatraconą już w czasach starożytnego Egiptu. Koty, organizmy górujące nad innymi sprytem i zwinnością, przeznaczone były od zawsze do kierowania tymi niezdarnymi ludźmi.

W końcu podjął decyzję, że zorganizuje ogólnikoci przewrót. Wiedzę militarną czerpał z filmów dokumentalnych o ponurych, wąsatych panach. Najpierw postanowił podporządkować sobie masy, a żeby to zrobić, udał się do miejsca spotkań wszystkich lokalnych kotów, znajdującego się na tyłach włoskiej restauracji.

Było tam zawsze wyjątkowo przyjemnie, ciepło i wygodnie. W dodatku specjalnością pizzerii Di Garibaldi była pepperoni z anchois, więc każdy zgłodniały kot mógł zjeść nieco jej resztek. Przychodziły tam zwierzęta młode i stare, domowe i dachowe, wszystkie te Mruczki i Gryzabelle. Powstało tam prawdziwe kocie Forum Romanum.

Jerzy III wkroczył do środka jak potomek imperatora. 

– Koty! – zwrócił się wprost do tłumu.

– Jak długo będziecie znosić dyshonor, jaki ściągają na was psy i ludzie? Jak długo jeszcze chcecie pozwalać na kalanie pamięci naszych wielkich przodków, wywodzących się wprost od bogini Bastet? Czy będziecie spokojnie patrzeć, jak wasze potomstwo umiera z głodu w podłych schroniskach? Zaprawdę, zwycięstwo jest bliskie. Wystarczy nam tylko sięgnąć, by przejąć władzę.

Wyglądał tak pięknie, młody kocur o lśniącej sierści, że nikt nie ośmielił się mu sprzeciwić. Stał niczym posąg zdobywcy na tle okrągłego księżyca, jak symbol kociej nadzieji, tak, że nawet najstarsze kocięta nie pamiętały czegoś podobnego.

Jakiś głos z głębi tłumu pisnął:

– Cóż więc nam radzisz, panie?

– Musimy uderzyć w samo serce psiej zarazy! Jest nas dziś wiele i jesteśmy chronieni przez noc. Przy odrobinie szczęścia droga do władzy nad ludźmi stanie przed nami otworem!

Koty zamruczały z zachwytu. Jerzy III miał za sobą prawie wszystkich. Tylko jeden osobnik mógł się z nim teraz mierzyć.

Na płot wszedł Puszuś, potężny pers i nieoficjalny zarządca tego terytorium. Lekko skinął łapą przedmówcy na znak szacunku, po czym rozpoczął przemowę:

– Wiem, że jego słowa brzmią słodko jak świeże mleko, ale czy naprawdę możemy tyle zaryzykować? Z całym szacunkiem, ale ten kocur brzmi jak najmłodszy z miotu! Nie wie, jakich kłopotów sprawia nam taki podrzędny gatunek jak myszy. Ostrzegam was, taka porywczość ściągnie na nas zgubę.

Jerzy III zjeżył gniewnie ogon i zamiauczał głośno. Tłum podążył za nim, a po chwili w całej okolicy słuchać było pisk kotów. Wszystkie opuściły swoją kryjówkę i podążyły za Jerzym wprost do legowiska psów.

Jerzego III nie dziwiło, że psy umiejscowiły swoją siedzibę w środku lasu. Nigdy nie były zbyt długowzroczne. Ale to, że wybrały wąski i głęboki rów, ograniczony rzeką z jednej strony zakrawało na głupotę. Wystarczyło jedynie zaatakować znienacka i wykorzystać ukształtowanie terenu.

Koty ruszyły bezszelestnie do przodu. Kiedy pierwszy psi zwiadowca podniósł swój łeb, było już za późno. Psy nie miały dokąd uciec, bo rów od przodu zamykały koty, a od tyłu zdradliwa i głęboka rzeka. Pułapka się udała.

Koty rozpoczęły zmasowany atak. Cięły wszystko, co nawinęło im się pod łapy, zręcznie raniąc pazurami psie pyski i brzuchy. Ich broń była niewielka, lecz zdradliwa, a liczebność przytłaczająca. Mimo lepszej budowy fizycznej psy ponosiły porażkę.

Jerzy III stał nad brzegiem rowu i obserwował bitwę. Efekt przekraczał jego wyobrażenia. Oto marzenia o wielkości stawały się prawdą.

Nagle na tyłach obozu psów powstał tumult. Dowództwo zrozumiało, że jest tylko jedna deska ratunku. Trzeba wezwać pomoc, przebywając rzekę. Wysłano najlżejszego i najmniejszego zwiadowcę. 

Bitwa zaostrzała się. Jerzy wysłał oddział w stronę rzeki, licząc, że uda im się powstrzymać psią ucieczkę.

Zwiadowca wyprostował się. Miał tylko jedną szansę. Wziął rozbieg, odbił się swoimi krótkimi łapkami od podłoża i skoczył. Wpadł do wody, miał jednak dość sprytu, by chwycić się wystającego korzenia i zniknąć po drugiej stronie.

Jerzy chciał jak najszybciej zakończyć rozgrywkę. Niewiele dzieliło koty od ostatecznego zwycięstwa, jeszcze tylko parę metrów do rzeki i psy nie będą miały szans.

Wtem od wejścia do tunelu na walczące koty ruszyła zgraja myszy. Król Jerzy III osłupiał, oto bowiem walił się jego plan. Szanse na zwycięstwo błyskawicznie zmalały. Myszy, chociaż małe, były szybkie i z łatwością powstrzymywały koty przed ucieczką. Psy znowu zaczęły napierać z prawej strony, zmuszając wojsko Jerzego do ściśnięcia się w środku. Koniec był bliski.

Król zachwiał się. Oto dokonywała się zagłada jego ludu. Ostre kły i małe ząbki, powoli, ale skutecznie rozrywały delikatne futerka. Koty wciąż próbowały się bronić, ale ich siły malały z każdą chwilą. Piach powoli nasiąkał krwią.

Jerzy III chciał ich przywołać, może wydać ostatni rozkaz, ale gdy zbliżył się do samej krawędzi, ziemia obsunęła się i Jerzy wpadł w sam środek rzezi.

Nie do końca wiadomo, co się z nim stało. Nigdy już nie wrócił do domu, to pewne, a jego ludzie ciężko to przeżyli. Podobno jego kości wciąż leżą przy rzece, pomieszane z całą resztą jego pobratymców na jednym wielkim kocim cmentarzu.

  

Kot, który obejrzał film o Leninie 

Dobry wieczór, porozmawiamy sobie dzisiaj o panie Konwickim. Być może ludzie młodszego pokolenia nie są do końca zaznajomieni z jego twórczością, więc przypomnimy, że zrobił on 6 filmów i o wiele więcej książek. Najczęściej słyszy się o „Małej apokalipsie”, o „Ostatnim dniu lata” czy „Lawie”. Pan Konwicki ma nadzieję, że drgniecie na dźwięk któregoś z tych tytułów, ale nie za dużą. Nie chce się wydawać nieskromny.

  

Zdjęcie marzeń: monochromatyczne, tajemnicze, z papierosem w zębach.

Historia życia pana Konwickiego jest zawiła, ale smakowita. Pochodzi z okolic Wilna, z wielokulturowej i mistycznej Litwy. W czasie wojny konspirował w AK i przyznaje, że wabiły ich tam nie tylko patriotyczne uniesienia, ale też te zwyczajne. Łączniczki to były piękne dziewczęta.

Mówi, że po wojnie skończył polonistykę i jakoś się przy tym zakręcił. Że wydał pięć książek w podziemiu, ale niezbyt się teraz o nich pamięta. Żeby jakoś przeżyć w świecie cenzury, wstąpił do partii. Mówi, że dobrze było robić filmy, kiedy koniunktura słabła, bo pozwalano na więcej. Bardzo ważna była intuicja, powtarza.

Pan Konwicki mówi naprawdę ciekawie tak o pisaniu, jak i o filmach. Mówi, że film to rzecz bardzo odpowiedzialna, bo jako reżyser jest się odpowiedzialnym za całą ekipę, a książka to sprawa prywatna. Martwi go, że teraz cała Polska pisze, maluje i kręci filmy, a mało kto czyta. Zachwyca anegdotkami z planu. Wyjaśnia, jak się robiło kino, gdy brakowało wszystkiego. Jego filmy są o Polsce, Litwie, wojnie, człowieku i końcu świata. Całkiem niezła lista tematów. Potakujemy. 

 

Mówi o relacjach z ludźmi i kotem Iwanem. Nie jest łatwo, szczególnie gdy ma się żyć 95 lat jak on. Jego żona umarła rok temu. Oświadcza, że nigdy nie powiedział jej, że ją kocha. Że nie lubił demonstrowaniu uczuć i okazywał je inaczej. Jej udało się z nim pożegnać, kiedy poprawiał jej po raz kolejny poduszki czy coś przynosił, bo nie mogła już wstać.

Nie ma co się panem Konwickim bulwersować. On ma jeszcze wartości z innego świata. Wychował się gdzie indziej. Woli być dystyngowany i staromodny. Popiera bicie dzieci w ramach dyscypliny, bo jemu to kiedyś pomogło.

Żyje rozmowami z przyjaciółmi. Ich strumień nie ustawał i nadal nie ustaje. Kiedy razem z Dygatem kolejny raz konwersowali przez telefon na podsłuchu, głos w słuchawce powiedział ” Panowie, już dosyć”. Nawet tajne służby nie dały rady.

Miał kota Iwana, kupionego w sumie dla córek, ale opiekował się nim Konwicki. Dobrze się rozumieli. To chyba też nie był zwyczajny kot.

” Muszę tu przytoczyć fakt bardzo zdumiewający, o którym do dziś myślę. Jednym filmem się zachwycił. Siadł na stole i przez godzinę czterdzieści minut nie oderwał wzroku od ekranu. Miesiącami zastanawialiśmy się z żoną, co to znaczy, bo film był radziecki, o młodym Leninie. Dlaczego go zachwycił? Tłumaczyliśmy sobie, że może dlatego, że sam nazywa się Iwan, może poczuł jakieś związki, fluidy.”

Tadeusz Konwicki, „Pamiętam, że było gorąco”

Pan Konwicki uważa siebie za człowieka o gorącej głowie i chłodnym sercu, jakkolwiek by to nie brzmiało. Po zastanowieniu stwierdza, że tacy ludzie też są w końcu potrzebni.