Archiwum kategorii: Recenzje

Recenzje książek przeczytanych i porządnych

Niech żyje królowa!

Nie tak dawno okrzyknięto Katarzynę Bondę królową polskiego kryminału. Chociaż jestem zaintrygowana samą osobą pisarki i nie mogę odmówić jej technicznego kunsztu, trochę drażni mnie, że tak szybko zapomniano o Joannie Chmielewskiej. Była moją idolką i dziwnie jest mi myśleć o kimś innym na jej miejscu.

Już jako dziecko nauczyłam się, że nie można czytać jej książek mając na celu samodzielne rozwiązanie zagadki. To niemożliwe.Tylko człowieka głowa rozboli od słowotoku. Chmielewska potrzebuje czegoś więcej.

 Kluczem do jej twórczości jest poddanie się opowieści. To jak spotkanie się na kawie z przyjaciółką. Będzie opowiadać o tysiącu codziennych sprawach, plotkach ze świata rodziny i znajomych, ale tak pikantnie i ciekawie, że możesz tam siedzieć, pić dziesiątą latte i słuchać.

O to właśnie chodzi. Żeby poddać się opowieści o krwawej zbrodni popełnionej przez czyjegoś gacha, a potem ucieczce kurcgalopkiem przed zagrożeniem ( to zresztą chyba jedyne rozsądne określenie na bieg w szpilkach). Zadziwić fantazją autorki.

Moją ulubioną książką Chmielewskiej jest „Wszystko czerwone”. Fabuła jest mniej więcej taka: Na przyjęciu dla przyjaciół Chmielewskiej w Danii popełniona zostaje zbrodnia, która pociąga za sobą cały łańcuch następnych. Wygląda na to, że ofiarą ma być konkretna osoba. Tylko dlaczego? I jak to się dzieje, że sprawca ciągle partaczy?

  
Podobno to prawdziwi znajomi Chmielewskiej zostali opisani w książce. Autorka miała nawet pytać, kto chce być sprawcą, i ułożyć fabułę zgodnie z życzeniem. To bardzo sympatyczne rozwiązanie problemu autobiograficznych inspiracji.

Dopiero niedawno sięgnęłam po książkę Bondy. Moim największym marzeniem jest napisanie własnej książki, ale kiepsko mi to szczerze mówiąc idzie. Konstrukcji i planowania próbuję uczyć się z poradników, ale to mała nisza zapełniona głównie tłumaczeniami z angielskiego. A przecież inaczej wygląda literatura polska i obcojęzyczna, różna jest gramatyka, brzmienie, budowa zdań. Polskie pozycje szybko zostają białymi krukami, tak jak na przykład „Galeria złamanych piór”.

Dlatego właśnie sięgnęłam po „Maszynę do pisania” Katarzyny Bondy. Nie jestem zresztą zawiedziona. Autorka jest bardzo dobrze wykształcona w tej dziedzinie. Uczy zresztą w szkole kreatywnego pisania. Jej rady dotyczące przygotowania czy budowania fabuły są interesujące. Brzmią prawdziwie. Podaje też dużo ciekawych ćwiczeń i ciekawostek.

  
Czasem jednak irytuje nawiązaniami do własnych książek. O większości opisywanych przez nią cudzych powieści niewiele słyszałam. Choć wychwala Flauberta pod niebiosa, wygląda na to, że czytała tylko „Panią Bovary”. Jej opinie na temat długości i formy powieści są bardzo nieobiektywne. Cały czas cytuje Arystotelesa, do którego mam osobistą antypatię.

To jednak tylko drobne mankamenty. Wiem już, że bardzo przyda mi się wiedza wyniesiona z lektury. Bonda to pisarka systematyczna, misternie i cierpliwie budująca fabułę. Można jej w tej kwestii zaufać.

  
Do księgarni wchodzi nowa powieść Bondy, „Okularnik”. Już zbiera pozytywne recenzje. Podobno porusza ambitne tematy, takie jak wysiedlenia ludności wschodniej. To rasowa, ciemna powieść z dreszczykiem. 

Bonda nie pojawiła się znikąd. Przez wiele lat pracowała jako dziennikarka i napisała też książkę non-fiction, „Polskie morderczynnie”. Opowiada, że po poważnym wypadku przewartościowałam swoje życie i zdecydowała się zająć prawdziwą pasją. Została pisarką kryminałów.

To ciekawe, jak bardzo różnią się od siebie dwie królowe kryminału. Jedna bazowała na własnym uroku i poetyckiej frazie, druga dba głównie o budowę fabuły i wartką akcję. Będę bacznie obserwować to nowe panowanie.

Drugi raz

Najbardziej intensywny okres fascynacji Wisławą Szymborską przeżyłam w gimnazjum. Podobały mi się jej wiersze. Były przejrzyste, klarowne i zrozumiałe. Często zaskakiwały podejściem do tematu, ale nigdy nie marnowały słów na egzaltowane wywody. Domeną Szymborskiej była analiza, a mnie- matfizowemu sercu- bardzo się to podobało.

  
Zdążyłam się nawet skompromitować w gimnazjum, mówiąc „Wietnam” i jakiś polityczny wiersz Gałczyńskiego. Nie rozumiałam ich wtedy zbyt dobrze. Z perspektywy czasu dziękuję jury, że nie przepuścili mnie dalej. Nie zasługiwałem na to.
Potem trafiłam na szyderczy artykuł o Wisławie. Razem z „Kamieniami na szaniec” wbito nam do głowy, że kolaboracja to zło. Czułam się zdradzona. Jakby autorka okłamała mnie w bardzo wyrafinowany sposób. Straciłam idola.

Dopiero po latach zaczęłam czytać Kunderę i Céline’a. Zaakceptowałam fakt, że pisarz jest zwykłym człowiekiem, a nie jakimś żelaznym kompasem moralnym. Sama popełniłam błędy i zaczęłam wybaczać je innym. Przynajmniej w ograniczonym zakresie.

Ostatnio przy lekturze „Pamiętam, że było gorąco” natknęłam się na anegdotę o Szymborskiej:

Lubi Pan cudze koty, na przykład koty znajomych?Konwicki: Byłem zaproszony z grupą literatów przez dyrektora Louisiana Museum w Kopenhadze. To bardzo zamożni ludzie, szklane pawilony nad morzem, sztuka współczesna, piękny park, trawa przycięta. Składamy wizytę. Wchodzimy, wita nas pan dyrektor i jego piękna, wytworna żona z jakimś egzotycznym kotem. Ja przechodzę, witam się z panem, z panią i z jakiejś chęci podlizania się chcę pogłaskać kota, ale rezygnuję. Za mną idzie Wisława Szymborska. Szlachetna, dobra, kochająca zwierzęta. Wysuwa rękę, żeby pogładzić kotka, a kocur wpija się jej w środek dłoni. Krew sika na wszystkie strony. Pani Wisława mówi, że to drobiazg, ale to wcale nie taki drobiazg.

Wtedy zrobiło mi się trochę wstyd, że tak pochopnie Szymborską oceniłam jak ten kot. I postanowiłam wrócić na trochę do jej wierszy.

  
„Nic dwa razy” znam na pamięć, ale to nietrudne. Wiersz jest zrozumiały i bardzo rytmiczny, doskonale nadaje się do mówienia pod prysznicem, jeśli ktoś lubi takie rzeczy. Polecam.

A to jeden z moich ulubionych:

Głos w sprawie pornografii

Nie ma rozpusty gorszej niż myślenie.
Pleni się ta swawola jak wiatropylny chwast
na grządce wytyczonej przez stokrotki.

Dla takich, którzy myślą, święte nie jest nic.
Zuchwałe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów- w to im właśnie graj.

W dzień jasny albo pod osłoną nocy
łączą się w pary, trójkąty i koła.
Dowolna jest tu płeć i wiek partnerów.
Oczy im błyszczą, policzki pałają.
Przyjaciel wykoleja przyjaciela.
Wyrodne córki deprawują ojca.
Brat młodszą siostrę stręczy do nierządu.

Inne im w smak owoce
z zakazanego drzewa wiadomości
niż różowe pośladki z pism ilustrowanych,
cała ta prostoduszna w gruncie pornografia.
Książki, które ich bawią, nie mają obrazków.
Jedyna rozmaitość to specjalne zdania
paznokciem zakreślone albo kredką.

Zgroza, w jakich pozycjach,
z jak wyuzdaną prostotą
umysłowi udaje się zapłodnić umysł.
Nie zna takich pozycji nawet Kamasutra.

W czasie tych schadzek parzy się ledwie herbata.
Ludzie siedzą na krzesłach, poruszają ustami.
Nogę na nogę każdy sam sobie zakłada.
Jedna stopa w ten sposób dotyka podłogi,
druga swobodnie kiwa się w powietrzu.
Czasem tylko ktoś wstanie,
zbliży się do okna
i przez szparę w firankach
podgląda ulicę.

I cisza. Wiersz trochę długi, ale prawdziwy. Bo prawdziwym zagrożeniem jest wolna myśl, nie wolna miłość. W niej chodzi o coś więcej. Może inspirować innych, zmienić świat.

Dzisiaj nie jest to może tak oczywiste. Zgadzamy się na manipulację, reklamy i dostrajamy się do cudzych pragnień. Kiedyś było inaczej. Społeczeństwo pragnęło rewolucji, a każdy zalążek wolnej myśli był potencjalnie niebezpieczny. 

Ale teraz też są warunki i miejsca, gdzie wolna myśl bywa naprawdę niewygodna. Oczywiście to sekty, systemy totalitarne i kraje szykujące się do wojny, ale też zwyczajna kaprala rzeczywistość.

Miała pani rację, pani Szymborska.

  

Życie jętek

Kiedy zamknęłam „Przekleństwa niewinności”, od dawna powinnam już była spać. Przez chwilę poczułam to samo co chłopcy z sąsiedztwa panien Lisbon- fascynację. Oto tajemnica miała zostać wyjaśniona. Jeszcze tylko pięćdziesiąt stron. Jeszcze dziesięć. Za chwilę na pewno opadnie kurtyna.

Oczywiście nie opadła. Zostałam sama w ciemnym pokoju z duchami sióstr Lisbon. Na tyle przerażała mnie perspektywa nocy z tą książką, że idąc po szklankę wody do kuchni zostawiłam ją na blacie. Nie robię tego często.

Co tak naprawdę jest najlepszą rekomendacją tej książki. Taka miała być. Niewyjaśniona i mroczna, prawdziwa historia o samobójczyniach.

  
Jak to się zaczęło? No więc my, narratorzy tej opowieści, chłopcy z małego miasteczka w Ameryce, od dawna obserwowaliśmy siostry Lisbon. Pięć dziewczyn, wszystkie jasnowłose i piękne. Odizolowane przez rodziców. Tajemnicze. Nic dziwnego, że budzą fascynację.

I wtedy najmłodsza z nich postanawia umrzeć. Okazuje się, że Lux, Bonnie, Therese, Mary i Cecilia jednak mają swoje, oddzielne osobowości. Nikt nie wie, dlaczego Cecilia skacze, ale wszyscy starają się zapobiec dalszym wydarzeniom. Niestety, robią to dosyć nieumiejętnie…

Historia opowiadana jest po wielu latach. Chłopcy to już starsi panowie, mają własne rodziny i żony, ale wciąż nie mogą zapomnieć o siostrach. Wielokrotnie analizują pozostałe „dowody”. Wiedzą już, że nigdy nie rozwiążą tajemnicy. Kluczowe informacje siostry zabrały ze sobą do grobu.

  
Ciekawie pokazana jest też degradacja lokalnej społeczności. Kryzys gospodarczy i upływ lat sprawił, że nic już nie pozostało z dawnego miasteczka. Z tej perspektywy siostry wydają się prorokiniami. Nie rozpoczęły, a przewidziały upadek.

Z drugiej strony jest to opowieść o miłości. Tej rodzicielskiej, ukazanej w dosyć gorzki sposób. Bohaterowie powtarzają, że dzieci stają się obcymi ludźmi. Brakuje porozumienia między pokoleniami.

Jest też miłość romantyczna, razem z seksualnym napięciem utrzymującym się między nastolatkami. Jednak nie jest to prawdziwy romans. Chłopcom nie dane jest poznać dziewcząt. Ich miłość wydaje się ponadto czysto cielesna. Nie zastanawia ich, czego siostry tak naprawdę chcą od życia.

No i są też siostry. Trudno powiedzieć, co tak naprawdę nimi kierowało. Czy matka, religijna fanatyczka, znęcała się nad nimi? Czy to też kwestia wieku dorastania, kiedy każdy problem wydaje się końcem świata? Czy to tylko reakcja na śmierć Cecylii?

  
No właśnie. Wbrew pozorom, sytuacja przedstawiona w „Przekleństwach niewinności” jest dosyć prawdopodobna psychologicznie. Według badań, samobójstwa częściej popełniają osoby spokrewnione ze sobą, a zachowanie sióstr jest podobne do osób dotkniętych zespołem stresu pourazowego. I rzeczywiście często jedną z przyczyn bywa niedobór serotoniny.

Jednak sprawa rodzeństwa Lisbon, tak wnikliwie badana przez chłopców, już zawsze pozostanie owiana tajemnicą. Zastanawia zachowanie sąsiedztwa, które zostawiło siostry same sobie. Tak jakby uznało całe zdarzenie za ich winę. To jest bardzo głęboko zakorzenione w naszej mentalności, obwinianie samobójców, przejawia się zresztą w zwrocie „popełnić samobójstwo”. Czy siostry Lisbon ponosiły winę za tragedię? Czy raczej zawiniła rodzina, geny, wychowanie?

Zdecydujcie sami.

Kot, który obejrzał film o Leninie 

Dobry wieczór, porozmawiamy sobie dzisiaj o panie Konwickim. Być może ludzie młodszego pokolenia nie są do końca zaznajomieni z jego twórczością, więc przypomnimy, że zrobił on 6 filmów i o wiele więcej książek. Najczęściej słyszy się o „Małej apokalipsie”, o „Ostatnim dniu lata” czy „Lawie”. Pan Konwicki ma nadzieję, że drgniecie na dźwięk któregoś z tych tytułów, ale nie za dużą. Nie chce się wydawać nieskromny.

  

Zdjęcie marzeń: monochromatyczne, tajemnicze, z papierosem w zębach.

Historia życia pana Konwickiego jest zawiła, ale smakowita. Pochodzi z okolic Wilna, z wielokulturowej i mistycznej Litwy. W czasie wojny konspirował w AK i przyznaje, że wabiły ich tam nie tylko patriotyczne uniesienia, ale też te zwyczajne. Łączniczki to były piękne dziewczęta.

Mówi, że po wojnie skończył polonistykę i jakoś się przy tym zakręcił. Że wydał pięć książek w podziemiu, ale niezbyt się teraz o nich pamięta. Żeby jakoś przeżyć w świecie cenzury, wstąpił do partii. Mówi, że dobrze było robić filmy, kiedy koniunktura słabła, bo pozwalano na więcej. Bardzo ważna była intuicja, powtarza.

Pan Konwicki mówi naprawdę ciekawie tak o pisaniu, jak i o filmach. Mówi, że film to rzecz bardzo odpowiedzialna, bo jako reżyser jest się odpowiedzialnym za całą ekipę, a książka to sprawa prywatna. Martwi go, że teraz cała Polska pisze, maluje i kręci filmy, a mało kto czyta. Zachwyca anegdotkami z planu. Wyjaśnia, jak się robiło kino, gdy brakowało wszystkiego. Jego filmy są o Polsce, Litwie, wojnie, człowieku i końcu świata. Całkiem niezła lista tematów. Potakujemy. 

 

Mówi o relacjach z ludźmi i kotem Iwanem. Nie jest łatwo, szczególnie gdy ma się żyć 95 lat jak on. Jego żona umarła rok temu. Oświadcza, że nigdy nie powiedział jej, że ją kocha. Że nie lubił demonstrowaniu uczuć i okazywał je inaczej. Jej udało się z nim pożegnać, kiedy poprawiał jej po raz kolejny poduszki czy coś przynosił, bo nie mogła już wstać.

Nie ma co się panem Konwickim bulwersować. On ma jeszcze wartości z innego świata. Wychował się gdzie indziej. Woli być dystyngowany i staromodny. Popiera bicie dzieci w ramach dyscypliny, bo jemu to kiedyś pomogło.

Żyje rozmowami z przyjaciółmi. Ich strumień nie ustawał i nadal nie ustaje. Kiedy razem z Dygatem kolejny raz konwersowali przez telefon na podsłuchu, głos w słuchawce powiedział ” Panowie, już dosyć”. Nawet tajne służby nie dały rady.

Miał kota Iwana, kupionego w sumie dla córek, ale opiekował się nim Konwicki. Dobrze się rozumieli. To chyba też nie był zwyczajny kot.

” Muszę tu przytoczyć fakt bardzo zdumiewający, o którym do dziś myślę. Jednym filmem się zachwycił. Siadł na stole i przez godzinę czterdzieści minut nie oderwał wzroku od ekranu. Miesiącami zastanawialiśmy się z żoną, co to znaczy, bo film był radziecki, o młodym Leninie. Dlaczego go zachwycił? Tłumaczyliśmy sobie, że może dlatego, że sam nazywa się Iwan, może poczuł jakieś związki, fluidy.”

Tadeusz Konwicki, „Pamiętam, że było gorąco”

Pan Konwicki uważa siebie za człowieka o gorącej głowie i chłodnym sercu, jakkolwiek by to nie brzmiało. Po zastanowieniu stwierdza, że tacy ludzie też są w końcu potrzebni.

Pożegnanie z „Lalką”

To dziś ten dzień. Właśnie dzisiaj,po godzinach mozolnego przedzierania się przez rozterki Wokulskiego nadszedł czas by zostawić Stacha i wrócić do normalnego życia. Ach, jak miło jest mi opuścić Izabelę!

 
O ile co do oceny Wokulskiego opinie są różne, wszyscy znani mi ludzie nienawidzą Izabeli. Naprawdę niewiele znam tak jednoznacznych w ocenie postaci. I przez kilkaset stron czytamy historię miłości Stacha do tejże hieny, cały czas mając nadzieję, że da sobie spokój, odkocha się i zajmie czymkolwiek innym.

Parę dni temu pisałam o zmianie postrzegania moralności na przestrzeni dziejów. I o to zaloty Wokulskiego, o ile w dziewiętnastym wieku mogły wydawać się całkiem do przyjęcia, z dzisiejszego punktu widzenia są co najmniej niepokojące. Wokulski zakochuje się w Izabeli na pierwszy rzut oka. Jest zauroczony jej wyglądem, to zrozumiałe i naturalne, ale to, że przez rok ryzykuje życie w imieniu zauroczenia już naturalne nie jest. Rozumiem, że są różne sposoby postrzegania miłości, ale Wokulski nie zamienił z Izabelą nawet jednego zdania. Przykro mi, że trafił na taką harpię jak Iza, jednak było to do przewidzenia.

Ponadto, Stach jest starszy od Izabeli 28 lat. Dlaczego dziwi go, że Izabela jest mniej od niego samoświadoma? Tak została wychowana. Nie została doświadczona przez życie jak Helena Starska. Uczucia Wokulskiego stanowczo biorą górę nad rozumem, skoro tego nie dostrzega. 

Dziwi mnie też brak zainteresowań Wokulskiego i jego skłonności do manii. Z powieści dowiadujemy się, że Stach wiele lat poświęcił naukom przyrodniczym i jest to jego pasja. Jednak w powieści nadmieniono, że w ciągu 2 ostatnich lat nie zajrzał do żadnej z naukowych książek. Dlaczego? Co zajmowało mu czas? Wiemy, że pracował i uczył się angielskiego, też bardziej z obsesji Izabelą niż zainteresowania- czy robił coś dla przyjemności? Czytał coś? Nie mamy takich informacji ( pomijam okres odtruwania się po Izabeli).

Wokulski był wręcz chorobliwie skryty. Zwierzał się tylko Szumanowi i Rzeckiemu, ale nie był z nimi do końca szczery. Ignacy dowiadywał się o wielu ważnych decyzjach Stacha z plotek- nie uważacie, że to raczej przykre?

W ogóle Rzecki jest moją ulubioną postacią w „Lalce”. On serio dba o Wokulskiego i przejmuje się jego losem. Ma swoje wady, jednak jest w nich bardziej ludzki. Łatwo mu współczuć i kibicować.

  
Nie będę zbytnio narzekać na kompozycję „Lalki”. Jest nieco rozwlekła, ale pisana była jako powieść w odcinkach. Była przystosowana właśnie do takiej formy wydawniczej.

Bardzo ciekawą interpretację „Lalki” oferuje Olga Tokarczuk w ” Lalce i perle”. Polecam. To dużo ciekawsza rzecz niż to, czego uczą nas w liceum.

Podsumowując, uważam „Lalkę” za całkiem niezłą powieść. Nie nazwałabym jej może ponadczasową. Ale najbardziej irytuje mnie sposób nauczania „Lalki” w liceach, który wymusza nieskończone powtarzanie nieistotnych szczegółów i utartych stwierdzeń, tak naprawdę obrzydzając lekturę. Nie wiem, czy można to robić w inny sposób.

„Lalka”, jako powieść długa i skomplikowana, nie sprzyja takiemu systemowi nauki. To podejście tylko jej szkodzi. Poza tym, kto nazywa dwóch ważnych bohaterów książki Starski i Stawska? Niezbyt przyjazne dla czytelnika.

Cieszy mnie w „Lalce” nieczęste w naszej kulturze przedstawienie przedsiębiorcy jako pozytywnej postaci. Fajne, że Prus nie powiela stereotypów popularnych do dzisiaj i rzeczywiście czegoś nas w ten sposób uczy.

Dziecko poniedziałku

Naprawdę nadzwyczajna historia jest w tym”Just Kids” Patti Smith. Wspomnienia Patti są aż nieprawdopodobne, cała jej podróż z ławki w Central Parku do The Rock and Roll Hall of Fame. Pogaduszki z Bobem Dylanem i śniadania z Indianinem- mistykiem. Jednak ja jej wierzę.

 
Patti to narrator budzący sympatię. O innych ludziach wypowiada się z szacunkiem. Nie wykorzystuje książki do osobistej zemsty. Oprócz tego podziwiam jej pasję i upór. Patti szczerze mówi o swojej drodze do sławy. Nie ukrywa popełnionych błędów. Cały czas jest świadoma, że nie napisała tych wspomnień dla siebie.

Robert Mapplethorpe to pierwsza miłość oraz najlepszy przyjaciel Patti. Robert nigdy nie znika z opowieści na długo. Czuć, że utwór wcale nie traktuje o niej, tylko o nich. O parce poniedziałkowych dzieci. 

Relacja trudna do zdefiniowania, trochę małżeństwo, trochę braterstwo.    Dwie smukłe figury z szopami na głowach. Po prostu dzieciaki, razem odkrywające świat sztuki. Zawsze wierne wobec siebie nawzajem. Nawet mimo budzącego się homoseksualizmu Roberta nie złamały przysięgi i pomogły sobie nawzajem dotrzeć do sławy.

Robert i Patti byli przede wszystkim artystami. Miasto, w którym żyli- Nowy Jork przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych- to ostoja ludzi sztuki. Choć brakuje pieniędzy na chleb, w knajpie można spotkać Hendrixa albo Ginsberga i uczyć się od najlepszych. Galeria dziwactw i sław z ubiegłego wieku uwodzi. Trudno nie zatęsknić za idealizmem poniedziałkowych dzieci.

  
Imponuje mi ich siła. W całym swoim zafascynowaniu sztuką Robert i Patti byli skromni, chcieli tylko wciąż się uczyć i tworzyć. Nigdy nie zwątpili w siebie nawzajem. Choć każde ułożyło już sobie jakoś życie, pozostawali w przyjaźni, porozumiewając się sobie tylko znanymi kodami. Żyli w swoim własnym świecie pod niebieską gwiazdą.

„Just Kids” sprawiło, że jestem dumna, że urodziłam się w poniedziałek. Nawet jeśli to tylko zwykły zbieg okoliczności.

Autostopem przez Japonię

Czy chcielibyście czasem po prostu spakować plecak, wyjść z domu i udać się w nieznane? Pewnie tak, no ale obowiązki, rachunki, dzieci… 

  

Jeżeli nie możecie aktualnie wyjechać w podróż swojego życia, książka Piotra Milewskiego da wam przyjemny przedsmak takiej wyprawy. Czytając „Dzienniki japońskie” czułam się tak, jakbym to właśnie ja zwiedzała Japonię stopem i nocowała na parkowych ławeczkach. Jednak nie zawsze było łatwo i przyjemnie. Milewski pokazuje, że taka podróż związana jest także z ryzykiem. Szczerze opisuje swoje problemy z głodem i brakiem pieniędzy. Czasem jest nawet nieco zbyt szczery…

Milewski rysuje się jako podróżnik-filozof, szukający bardziej wiedzy niż wrażeń. Intrygująca jest jego sytuacja w tomie drugim, kiedy wybiera między pozostaniem w klasztorze buddyjskim a powrotem do ukochanej. Podziwiam zresztą jej cierpliwość.

Japonia w książce wydaje się bardziej realistyczna niż w innych utworach tego typu. Można w niej dostrzec zwyczajnych ludzi ze zwyczajnymi problemami. Ciekawym dodatkiem są też poetyckie i filozoficzne przemyślenia autora, choć trudno je czasem traktować poważnie.

  

Ciekawy sposób parkowania, prawda?

Po przeczytaniu czuję się, jakbym to ja odkryła w podróży prawdziwą Japonię. Za to autorowi należą się brawa. A ja mam już w planach zwiedzanie Syberii z „Transsyberyjską”.