Archiwum kategorii: Notatki

Luźne zapiski na każdy temat

Fantastycznie

Czytanie książek to bardzo przyjemne zajęcie. Dobrze jest móc czasem uciec ze świata codziennych problemów i żyć jak bohater. Literatura prezentuje tysiące możliwości, od plażowania na Marsie do śledzenia rzymskich zbrodni, tak więc każdy znajdzie w niej coś dla siebie. To idealne biuro podróży, oferujące nie tylko zmianę miejsca, ale też celu podróży.

  Uzależnienie od książek ma niestety skutki uboczne. Nie mówię tu nawet o braku czasu i pogarszającym się wzroku. Literatura rozbudza w ludziach pragnienia. Bohaterowie zawsze żyją lepiej, mocniej, pełniej. Zwykle nie są obciążeni wieloma obowiązkami, mają za to czas na niekończące się przygody. Oczywiście, ich życie bywa bardzo trudne. Wątpię, czy jakiś fan Igrzysk Śmierci byłby skłonny przenieść się do Panem. Niemniej, bohaterów rzadko dotyka nuda codziennego życia. Cierpią raczej na nadmiar niż niedomiar bodźców.

Biedny mól książkowy nie ma szans na takie przygody. Troszczy się raczej o przeżycie kolejnego dnia. Martwią go dzieci, praca, zdrowie. Często szuka w literaturze spełnienia marzeń, ucieczki od niezadowalającego życia.   Zazdrości bohaterom ich dni pełnych wrażeń. Czasem mól książkowy bywa nieśmiały i zamknięty w sobie. Wtedy jeszcze bardziej czuje, że takie życie jest dla niego niedostępne. Może zakopać się dalej w świecie fantazji i wynagradzać tak sobie prozę codzienności.

Niestety, chociaż książki są moim skromnym zdaniem najcudowniejszym wynalazkiem ludzkości, nie zastąpią życia. Są tylko iluzją. Piękną, mądrą, barwną iluzją.

Życie jest gdzie indziej.

Problem w tym, że czytelnik zawsze jest tylko obserwatorem wydarzeń. Nie uczestniczy w fabule naprawdę. Dlatego właśnie literatura nie da rady zastąpić relacji międzyludzkich. Może udoskonalić nasz sposób postrzegania innych ludzi, ale nie prowadzi z nami dialogu.

Czasem warto odłożyć na chwilę książkę i zadowolić się życiem codziennym. W końcu są rzeczy, których bohaterowie literaccy mogli by nam tylko pozazdrościć. Na pewno brakuje im spokoju i poczucia bezpieczeństwa.

 Dwa dni temu pojechaliśmy z klasą na wycieczkę w góry. Na początku było bardzo przyjemnie- słońce, droga, luz. Mieliśmy małe problemy ze znalezieniem naszych chatek na środku niczego, ale to nie pozbawiło nas animuszu. Pierwszym rozczarowaniem był brak zasięgu. Wreszcie rozpakowaliśmy się i poszliśmy coś zjeść. Nagle okazało się, że nie możemy nigdzie znaleźć jednego z naszych kolegów, a ktoś zauważył, jak szedł w stronę gór. W dodatku nadeszła burza. Nasza pani zaczęła lekko panikować i zarządziła poszukiwania. Czekaliśmy w naszych małych, mrocznych domkach na jakiekolwiek wieści.

Atmosfera iście kryminalna, prawda? No, my też trochę się baliśmy. Na początku było ciekawie, ale potem zaczęliśmy się zastanawiać, czy koledze nic się nie stało i czy morderca nie zaatakuje też nas. Mało przyjemne, mówiąc szczerze.

  
Na szczęście byliśmy w świecie rzeczywistym i kolega sam przyszedł z powrotem, cały zresztą przemoczony. Szukał zasięgu. Burza wkrótce minęła. Cieszyliśmy się piękną pogodą.

Dobrze, że mojemu życiu przez chwilę zabrakło dramaturgii i koledze nic nie jest. Czasem fajnie bywa w naszej codziennej nudzie. W książkach przygody wydają się zdecydowanie lepsze.

Niech żyje królowa!

Nie tak dawno okrzyknięto Katarzynę Bondę królową polskiego kryminału. Chociaż jestem zaintrygowana samą osobą pisarki i nie mogę odmówić jej technicznego kunsztu, trochę drażni mnie, że tak szybko zapomniano o Joannie Chmielewskiej. Była moją idolką i dziwnie jest mi myśleć o kimś innym na jej miejscu.

Już jako dziecko nauczyłam się, że nie można czytać jej książek mając na celu samodzielne rozwiązanie zagadki. To niemożliwe.Tylko człowieka głowa rozboli od słowotoku. Chmielewska potrzebuje czegoś więcej.

 Kluczem do jej twórczości jest poddanie się opowieści. To jak spotkanie się na kawie z przyjaciółką. Będzie opowiadać o tysiącu codziennych sprawach, plotkach ze świata rodziny i znajomych, ale tak pikantnie i ciekawie, że możesz tam siedzieć, pić dziesiątą latte i słuchać.

O to właśnie chodzi. Żeby poddać się opowieści o krwawej zbrodni popełnionej przez czyjegoś gacha, a potem ucieczce kurcgalopkiem przed zagrożeniem ( to zresztą chyba jedyne rozsądne określenie na bieg w szpilkach). Zadziwić fantazją autorki.

Moją ulubioną książką Chmielewskiej jest „Wszystko czerwone”. Fabuła jest mniej więcej taka: Na przyjęciu dla przyjaciół Chmielewskiej w Danii popełniona zostaje zbrodnia, która pociąga za sobą cały łańcuch następnych. Wygląda na to, że ofiarą ma być konkretna osoba. Tylko dlaczego? I jak to się dzieje, że sprawca ciągle partaczy?

  
Podobno to prawdziwi znajomi Chmielewskiej zostali opisani w książce. Autorka miała nawet pytać, kto chce być sprawcą, i ułożyć fabułę zgodnie z życzeniem. To bardzo sympatyczne rozwiązanie problemu autobiograficznych inspiracji.

Dopiero niedawno sięgnęłam po książkę Bondy. Moim największym marzeniem jest napisanie własnej książki, ale kiepsko mi to szczerze mówiąc idzie. Konstrukcji i planowania próbuję uczyć się z poradników, ale to mała nisza zapełniona głównie tłumaczeniami z angielskiego. A przecież inaczej wygląda literatura polska i obcojęzyczna, różna jest gramatyka, brzmienie, budowa zdań. Polskie pozycje szybko zostają białymi krukami, tak jak na przykład „Galeria złamanych piór”.

Dlatego właśnie sięgnęłam po „Maszynę do pisania” Katarzyny Bondy. Nie jestem zresztą zawiedziona. Autorka jest bardzo dobrze wykształcona w tej dziedzinie. Uczy zresztą w szkole kreatywnego pisania. Jej rady dotyczące przygotowania czy budowania fabuły są interesujące. Brzmią prawdziwie. Podaje też dużo ciekawych ćwiczeń i ciekawostek.

  
Czasem jednak irytuje nawiązaniami do własnych książek. O większości opisywanych przez nią cudzych powieści niewiele słyszałam. Choć wychwala Flauberta pod niebiosa, wygląda na to, że czytała tylko „Panią Bovary”. Jej opinie na temat długości i formy powieści są bardzo nieobiektywne. Cały czas cytuje Arystotelesa, do którego mam osobistą antypatię.

To jednak tylko drobne mankamenty. Wiem już, że bardzo przyda mi się wiedza wyniesiona z lektury. Bonda to pisarka systematyczna, misternie i cierpliwie budująca fabułę. Można jej w tej kwestii zaufać.

  
Do księgarni wchodzi nowa powieść Bondy, „Okularnik”. Już zbiera pozytywne recenzje. Podobno porusza ambitne tematy, takie jak wysiedlenia ludności wschodniej. To rasowa, ciemna powieść z dreszczykiem. 

Bonda nie pojawiła się znikąd. Przez wiele lat pracowała jako dziennikarka i napisała też książkę non-fiction, „Polskie morderczynnie”. Opowiada, że po poważnym wypadku przewartościowałam swoje życie i zdecydowała się zająć prawdziwą pasją. Została pisarką kryminałów.

To ciekawe, jak bardzo różnią się od siebie dwie królowe kryminału. Jedna bazowała na własnym uroku i poetyckiej frazie, druga dba głównie o budowę fabuły i wartką akcję. Będę bacznie obserwować to nowe panowanie.

Drugi raz

Najbardziej intensywny okres fascynacji Wisławą Szymborską przeżyłam w gimnazjum. Podobały mi się jej wiersze. Były przejrzyste, klarowne i zrozumiałe. Często zaskakiwały podejściem do tematu, ale nigdy nie marnowały słów na egzaltowane wywody. Domeną Szymborskiej była analiza, a mnie- matfizowemu sercu- bardzo się to podobało.

  
Zdążyłam się nawet skompromitować w gimnazjum, mówiąc „Wietnam” i jakiś polityczny wiersz Gałczyńskiego. Nie rozumiałam ich wtedy zbyt dobrze. Z perspektywy czasu dziękuję jury, że nie przepuścili mnie dalej. Nie zasługiwałem na to.
Potem trafiłam na szyderczy artykuł o Wisławie. Razem z „Kamieniami na szaniec” wbito nam do głowy, że kolaboracja to zło. Czułam się zdradzona. Jakby autorka okłamała mnie w bardzo wyrafinowany sposób. Straciłam idola.

Dopiero po latach zaczęłam czytać Kunderę i Céline’a. Zaakceptowałam fakt, że pisarz jest zwykłym człowiekiem, a nie jakimś żelaznym kompasem moralnym. Sama popełniłam błędy i zaczęłam wybaczać je innym. Przynajmniej w ograniczonym zakresie.

Ostatnio przy lekturze „Pamiętam, że było gorąco” natknęłam się na anegdotę o Szymborskiej:

Lubi Pan cudze koty, na przykład koty znajomych?Konwicki: Byłem zaproszony z grupą literatów przez dyrektora Louisiana Museum w Kopenhadze. To bardzo zamożni ludzie, szklane pawilony nad morzem, sztuka współczesna, piękny park, trawa przycięta. Składamy wizytę. Wchodzimy, wita nas pan dyrektor i jego piękna, wytworna żona z jakimś egzotycznym kotem. Ja przechodzę, witam się z panem, z panią i z jakiejś chęci podlizania się chcę pogłaskać kota, ale rezygnuję. Za mną idzie Wisława Szymborska. Szlachetna, dobra, kochająca zwierzęta. Wysuwa rękę, żeby pogładzić kotka, a kocur wpija się jej w środek dłoni. Krew sika na wszystkie strony. Pani Wisława mówi, że to drobiazg, ale to wcale nie taki drobiazg.

Wtedy zrobiło mi się trochę wstyd, że tak pochopnie Szymborską oceniłam jak ten kot. I postanowiłam wrócić na trochę do jej wierszy.

  
„Nic dwa razy” znam na pamięć, ale to nietrudne. Wiersz jest zrozumiały i bardzo rytmiczny, doskonale nadaje się do mówienia pod prysznicem, jeśli ktoś lubi takie rzeczy. Polecam.

A to jeden z moich ulubionych:

Głos w sprawie pornografii

Nie ma rozpusty gorszej niż myślenie.
Pleni się ta swawola jak wiatropylny chwast
na grządce wytyczonej przez stokrotki.

Dla takich, którzy myślą, święte nie jest nic.
Zuchwałe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów- w to im właśnie graj.

W dzień jasny albo pod osłoną nocy
łączą się w pary, trójkąty i koła.
Dowolna jest tu płeć i wiek partnerów.
Oczy im błyszczą, policzki pałają.
Przyjaciel wykoleja przyjaciela.
Wyrodne córki deprawują ojca.
Brat młodszą siostrę stręczy do nierządu.

Inne im w smak owoce
z zakazanego drzewa wiadomości
niż różowe pośladki z pism ilustrowanych,
cała ta prostoduszna w gruncie pornografia.
Książki, które ich bawią, nie mają obrazków.
Jedyna rozmaitość to specjalne zdania
paznokciem zakreślone albo kredką.

Zgroza, w jakich pozycjach,
z jak wyuzdaną prostotą
umysłowi udaje się zapłodnić umysł.
Nie zna takich pozycji nawet Kamasutra.

W czasie tych schadzek parzy się ledwie herbata.
Ludzie siedzą na krzesłach, poruszają ustami.
Nogę na nogę każdy sam sobie zakłada.
Jedna stopa w ten sposób dotyka podłogi,
druga swobodnie kiwa się w powietrzu.
Czasem tylko ktoś wstanie,
zbliży się do okna
i przez szparę w firankach
podgląda ulicę.

I cisza. Wiersz trochę długi, ale prawdziwy. Bo prawdziwym zagrożeniem jest wolna myśl, nie wolna miłość. W niej chodzi o coś więcej. Może inspirować innych, zmienić świat.

Dzisiaj nie jest to może tak oczywiste. Zgadzamy się na manipulację, reklamy i dostrajamy się do cudzych pragnień. Kiedyś było inaczej. Społeczeństwo pragnęło rewolucji, a każdy zalążek wolnej myśli był potencjalnie niebezpieczny. 

Ale teraz też są warunki i miejsca, gdzie wolna myśl bywa naprawdę niewygodna. Oczywiście to sekty, systemy totalitarne i kraje szykujące się do wojny, ale też zwyczajna kaprala rzeczywistość.

Miała pani rację, pani Szymborska.

  

Goniąc króliczka

Mój brat czyta książki w taki sam sposób jak ja. Najczęściej podczytuje je w ciągu dnia, a potem zostawia w dziwnych miejscach. I tak ponownie natknęłam się na „Przygody Tomka Sawyer’a”.

Mój ulubiony rozdział tej książki zaczyna się zdecydowanie kiepsko dla Tomka. Jest dzień wolny i wszyscy chłopcy z okolicy idą robić coś ciekawego. Tomkowi jednak ciotka kazała pomalować parkan, co prawdopodobnie zajmie mu czas aż do wieczora. Dodatkowo Tomek rozpacza nad swoją biedą. Nie ma dość pieniędzy czy zabawek, aby zlecić malowanie komuś innemu.

Sytuacja jest wręcz rozpaczliwa. I tu Tomek wpada na genialny pomysł. Postanawia udać, że malowanie parkanu sprawia mu niewyobrażalną wręcz przyjemność.

  
Tomek odkrywa podstawy marketingu. Jest na tyle skuteczny, że po chwili cała kolejka kolegów czeka na swoją kolej malowania, ciotka nie może wyjść z podziwu i zdumienia a Tomek wzbogaca się o całą serię dziwacznych skarbów, między innymi zdechłego kota i złamany latawiec. 

Rozdział kończy się stwierdzeniem narratora:

„Jeżeli chcemy obudzić w mężczyźnie lub chłopaku pragnienie jakiejś rzeczy, powinniśmy ją przedstawić jako trudną do zdobycia.”

Myślę, że to stwierdzenie nie tyczy się tylko mężczyzn.

Tak więc pomijając kapitalistyczny aspekt całej tej historii, czy nie uważacie, że ludzie bardzo dziwnie pojmują przyjemność? W końcu wiemy, że niektórzy za najwyższe szczęście uważają skoki na bungee, podróż do Patagonii, noc w dyskotece- rzeczy raczej męczące i nie zawsze bezpieczne. 

Ludzie nie zawsze, ale bardzo często pragną rzeczy przede wszystkim trudnych do zdobycia. Uważają je za cenne. Dają się manipulować mediom i wierzą, że tak, to właśnie wczasy na Tajlandii i mistrzostwo świata w boksie dadzą mi szczęście. Odkładają więc radość na potem, kiedy już Bardzo Ważny Cel zostanie spełniony.

  
Nie zdają sobie sprawy, jak bardzo okrutna to strategia. Jeden błąd, mały bałagan w życiu, cień nieuporządkowania i już- w dzisiejszym świecie konkurencji wylatujesz z gry. Masz czwarte miejsce na mistrzostwach, cellulit i imieniny u cioci. Nic pasjonującego, nic modnego. Nie osiągnąłeś celu, czy to oznacza, że zgubiłeś cel życia?

A jeśli dasz radę i sprostasz wymaganiom, marnując całą młodość na przygotowanie, to też nie masz różowo. Osiągnąłeś cel swego życia. Teraz jesteś już w zaświatach. Bardzo Wielki Cel dał tylko mały zastrzyk dopaminy, a wiesz już, że wyżej nie dasz rady się wzbić. Zostaje tylko wegetacja.

Zaznaczam, że nie chcę skreślać ludzi z pasją. Jeśli dążysz do czegoś wielkiego i codziennie odczuwasz satysfakcję z tego, co robisz, rób to dalej. Jeśli robisz coś, czego nie kochasz, bo musisz utrzymać rodzinę i siebie, nie jestem godna, by to wypominać. 

Ale czy nie jest to zastanawiające, że cała nasza kultura kieruje nas ku rzeczom trudnym, efektownym i niepraktycznym? Czy to nam da szczęście? Niekoniecznie.

  
A może to nasze wyobrażenie jest złe? Szczęście bywa bardziej sposobem życia niż stanem w życiu. Dostrzeganiem dobrych stron na co dzień. To jest cel, który osiąga się codziennie. Patrzenie w oczy komuś, kogo kochasz. Gorąca herbata w zimny dzień. Książka, która zmienia całe spojrzenie na życie.

Nie neguję gonienia króliczka. Większość z nas musi zapracować sobie na chleb. Ale nie nastawiajcie się, że złapiecie pana Boga za nogi razem z tym króliczkiem. Nie ma tak.

Ulubione

Po raz pierwszy usłyszałam piosenkę Kapelanki w kawiarni. Była to Cafè Belg w Częstochowie. Przyprowadził mnie tam kiedyś Sherlock, w jakiś ponury październikowy poniedziałek, a ja od razu polubiłam ten lokal.

To naprawdę miłe, przytulne miejsce. Ma taki specyficzny klimacik, może dlatego, że wszystko tam wydaje się stare i nieco rozlatujące. Tak jakby żadne z krzeseł nie zostało tak po prostu kupione, tylko było w środku od początku świata. Sufity są wysokie, a salki duże. Nad kontuarem wiszą kartonowe owce z główkami Hannibala Lectera- ot, taki wielkanocny żarcik- a na lampie już od października wisi nietoperz.

Siedzi się przy przerobionym sekretarzyku, obok atmosferę ogrzewa piecyk typu koza i jest super.

Chociaż tak naprawdę kupiła mnie jedna konkretna rzecz:

  
Herbata. Jako człowiek uzależniony nie mogłam się oprzeć takim zapasom. Tosty też są całkiem niezłe, chociaż oczywiście nie są tak dobre jak herbata. Nic nie jest.

  
No więc właśnie tam usłyszałam „Latawce”. Przyznaję, nie jestem muzycznym ekspertem. Moim subiektywnym rankingiem rządzą 3 rzeczy: tekst, rytm i oryginalność. A piosenki Kapelanki mają naprawdę niezłe teksty. Szczególnie mój ulubiony numer, „Pociągi”, który jest tak naprawdę jedną wielką, rozbudowaną metaforą zauroczenia. Uwierzcie mi, brzmi to niebanalnie.

Link do „Pociągów”:

https://m.youtube.com/watch?v=TWgeDE9LvwQ

Kapelanka to właściwie siedmioosobowa grupa krakowskich studentów. Muzycy pochodzą z Zakopanego i Częstochowy, co jest plusem dla lokalnego patrioty. Wydali na razie tylko jedną epkę. Ich całkowity dorobek to cztery piosenki. Wszystkie znam na pamięć i trzymam za nich kciuki.

  
Liczebność zespołu na pewno przeważa na ich korzyść. Jeżeli lubicie usłyszeć w piosence solo na trąbkę albo eksperymenty z syntezatorem, to coś dla Was.

Podsumowując, polecam najgoręcej: i zespół, i lokal, i herbatę.

A tu Facebook Kapelanki:

https://m.facebook.com/Kapelankamusic?refsrc=https%3A%2F%2Fpl-pl.facebook.com%2FKapelankamusic

Nasze czasy

Obsesją człowieka jest tworzenie rzeczy ponadczasowych. Ludzie mają w sobie ukrytą potrzebę przełamania śmierci, upewnienia się, że coś jednak po nas zostanie. Pragną żyć chociaż w ludzkiej pamięci. Oprócz Woody’ego Allena, oczywiście.

„Nie mam ambicji osiągnięcia nieśmiertelności poprzez swoje filmy. Wolałbym ją osiągnąć nie umierając”

Niestety, tak naprawdę nie mamy zbyt wielkiego wyboru. Dlatego piszemy książki, zakładamy fundacje i na wszelkie sposoby podlizujemy się bogom, tak wielka jest w nas wola życia.

Co oczywiście nie oznacza, że nie można mieć innej motywacji do pisania książek, zakładania fundacji albo podlizywania się bogom. Ludzie mają różne priorytety.

Istnieje taki literacki mit dzieła ponadczasowego, którego znaczenie nie ulega zmianie bez względu na upływający czas. Ma być równie rewolucyjne tuż po powstaniu, jak i sto lat później. Istnieje kilka książek, które możnaby zaliczyć do tej kategorii, jak „Don Kichot” czy „Zbrodnia i kara”, ale to jest już sama ekstraklasa, najlepsi z najlepszych. Dlaczego tak niewielu udaje się uzyskać tekst o nieśmiertelnej wartości, choć starają się wszyscy?

Cóż, czasem się nie starają. Czasem autor nie jest zbyt mądry, czasem ma problemy albo po prostu pecha. Normalne.

Jednak upływ czasu zmienia nasze postrzeganie świata w sposób moralny. Weźmy Arystotelesa- był nie tylko filozofem, ale też rasistą, mizoginem, nie szanował zwierząt i propagował elitaryzm. Niezbyt miło. Trudno go jednak winić- w jego czasach i kulturze właśnie takie normy były szanowane. Ciekawe, że nigdy nie miał co do nich wątpliwości, choć sam cierpiał z powodu rasizmu jako Macedończyk w Atenach.

Nie możemy przewidzieć, czy zachowania przedstawione przez nas w książce nie zostaną za sto lat uznane za szokujące i niewłaściwe ( pomijając „Lolitę” Nabokova. Ona na pewno będzie niewłaściwa). Normy moralne zmieniają się coraz szybciej i coraz częściej dewaluują się nasze poglądy. Ale czy to źle?

Mówi się, że tylko świnia nie zmienia zdania. Czy w obliczu dowodów nie powinniśmy zmieniać przekonań? W końcu wciąż uczymy się czegoś nowego jako kultura. Jeszcze wiele przed nami.

Czy można więc powstrzymać nieubłagany czas?

„Don Kichot”, „Zbrodnia i kara”, „Anna Karenina” mają jedną wspólną cechę. Zrozumienie. Autorzy nie silą się na moralizatorstwo. Są świadomi własnej niewiedzy i przedstawiają tylko świat widziany ich oczami. 

Nigdy nie powinno się być zbyt pewnym posiadania racji. My jej wcale nie musimy mieć. Nie jesteśmy politykami. Pomyłki są nieuniknione i warto weryfikować własne zdanie od czasu do czasu.

Inwazja komunistów

Dziś odbywa się komunia mojego młodszego brata. Właściwie już po wszystkim, obrządek skończony i pijemy kawę z rodziną. Ze wszystkich zeszło powietrze. Dobrze wyszło. Udało nam się o niczym nie zapomnieć. Dzieciaki też się spisały, mówiły pewnie i z przejęciem tak, że na mszy zrobiło się trochę zabawnie, trochę rozczulająco.

  
Gratuluję przede wszystkim mojej mamie. Myślę, że to rodzice martwili się uroczystością bardziej niż dzieci. W końcu to pierwszę takie wydarzenie naprawdę dla maluchów ważne, takie jedyne w życiu. Na chrzest byli za mali, urodziny są co roku. Stąd przed komunią rozpoczyna się targowisko próżności. Sklepy żerują na poczuciu odpowiedzialności gości i rodziców. Wszyscy próbują dać z siebie jak najwięcej.

Moja mama to wieczna pesymistka, odwrotnie niż ja i tata. Trudno znosi wszystkie rodzinne imprezy, szczególnie jeśli to my je organizujemy. Teraz też nie było łatwo. Najpierw negocjacje o alby, droższe od garniturów i pięć razy mniej praktyczne, ale wybrane przez klasę brata ze względów ekonomicznych (też tego nie zrozumieliśmy), potem w ostatnim momencie zmieniono nam salę i okazało się, że będziemy siedzieć razem z trzema innymi komuniami. Mamę strasznie stresowało powodzenie imprezy, w końcu rodzina nie spotyka się za często. Na szczęście w ostatniej chwili w magiczny sposób znalazło się dla nas miejsce.

Także brawo mamo, udało nam się. Czas świętować. Brat też zadowolony. W albie wygląda jak mistrz kung fu przed walką życia.

Pomoc w kopercie

Jeśli chodzi o wolontariat, główną przeszkodą w zostaniu wolontariuszem jest brak czasu. Dojazd, szkolenia, sama pomoc- wszystko to bywa czasochłonne. Na szczęście istnieją akcje wymagające od uczestnika tylko czystej koperty.

Ale obiecuję, tym razem nie chodzi o pieniądze.

 Marzycielska Poczta to organizacja zajmująca się utrzymywaniem kontaktu listownego z chorymi dziećmi. Ze względu na rehabilitację maluchy nie mają czasu na normalne kontakty z rówieśnikami. Celem Marzycielskiej Poczty jest wsparcie dzieciaków na duchu i po prostu ofiarowanie im małej chwili radości. Przypomnijcie sobie, jak w dzieciństwie skakaliście na widok koperty z Waszym nazwiskiem. One czują to samo.

   
Można wysyłać paczki, kartki albo zwyczajne listy. Włączenie się do akcji jest bardzo proste. Wystarczy wejść na stronę Marzycielskiej Poczty. Nie trzeba podawać żadnych informacji na swój temat. Na stronie umieszczono profile wszystkich dzieci razem z ich adresami, opisami zainteresowań, listami ulubionych bajek, rodzin, historii choroby i tak dalej. Uwaga, dzieci nie zawsze są w stanie odpowiedzieć listownie. Często dziękują wolontariuszom za kontakt w komentarzach pod własnymi profilami.  Strona akcji jest ogólnie bardzo wygodna i prosta w obsłudze. 

Z doświadczenia polecam Marzycielską Pocztę jako naprawdę satysfakcjonującą i wygodną formę wolontariatu. Mam nadzieję, że i Wy znów sięgniecie po papeterię.

Odwagi!

Już w dzieciństwie znaliśmy pojęcia cnót. Wiedzieliśmy, że Szewczyk Dratewka był sprytny, Kopciuszek dobry, a Roland odważny. Tylko co tak naprawdę oznaczała odwaga? Gotowość do walki?

Ja nigdy zbytnio nie doceniałam odwagi. Niepokoiło mnie, że tak szybko i łatwo przeradza się w brawurę. Wolałam wszystko przemyśleć dokładnie i dopiero po tysięcznym rozważeniu problemu podjąć decyzję.

Tak przy okazji, Roland zawsze wydawał mi się nieodpowiedzialnym bubkiem. No naprawdę, co on sobie myślał? Że może narażać całą drużynę ze względu na swój honor? Wydawało mi się to raczej naiwne i aroganckie.

   
Wczoraj z podekscytowaniem otworzyłam nowy numer „Coachingu”, spodziewając się jak zwykle ciekawych tematów do przemyśleń, gdy natknęłam się na artykuł o odwadze. Według tekstu odwaga pomaga w szczerości wobec innych i siebie.

Żyjemy w świecie masek. Każdy z nas przypisany jest do jakichś ról społecznych. Jesteśmy świadomi, jakie zachowania przyniosą nam akceptację społeczeństwa. Jak kiepscy aktorzy próbujemy trzymać się roli, ukrywając wstydliwe informacje, obawiając się, jak otoczenie przyjęłoby nasze prawdziwe kwestie. Spotęgowane, takie aktorskie zachowania są charakterystyczne dla osobowości narcystycznych.

Czyli wyjaśnione. W odwadze chodzi o szczerość. O zaspokojenie potrzeby bycia kochanym, świadomości, że ktoś akceptuje nas w całości. Z pryszczami i zmarszczką na czole. 

Taką przynajmniej odwagę zaakceptuję ja. Naprawdę.

Witam!

Jestem Karolina i chciałabym podzielić się z Wami swoją obsesyjną miłością do literatury. Z góry dziękuję Sherlockowi za pomoc przy obsłudze technicznej bloga. Mam nadzieję, że z naszej znajomości wyniknie coś ciekawego.