Archiwa miesięczne: Czerwiec 2015

Heksa

Kiedy Ratajowa umarła, panowały upały i ludzie topili się wręcz z gorąca. Na dzień przed pogrzebem trzeba było czuwać przy trumnie zmarłej, tak nakazywała tradycja, i nawet mimo poważnych obiekcji niektórych mieszkańców wsi postanowiono dochować obyczaju. Nieboszczka nie uchodziła za nazbyt lubianą w okolicy osobę. Nazywała się Helena Rataj i była samotną kobietą po osiemdziesiątce, toteż nikogo zbytnio nie zasmuciła jej śmierć. Oczywiście nie odczuwali z jej powodu żadnej radości. Po prostu była ona czymś bardziej spodziewanym niż szokującym, powtarzano sobie, że jako osoba starsza wiele już przeżyła, że nadszedł jej czas. Traktowano to raczej jako niewygodny, lecz naturalny porządek rzeczy.

Nie bez znaczenia była rola, jaką Ratajowa pełniła w społeczeństwie. W wieku, w którym większość ludzi raczej stabilizuje swoje życie i zaczyna poważnie troszczyć się o swoje zmartwychwstanie, ona uchodziła za heksę, albo inaczej wiedźmę. Po śmierci męża postanowiła bowiem dorobić sobie do skromnej emerytury i założyła własny, mały ezoteryczny biznesik. Wróżyła na odpustach, sprzedawała znicze oraz dewocjonalia, przepisywała ziołowe mieszanki na katar lub podagrę. Wykorzystywała wszystkie możliwe pomysły, byle tylko nie musieć prosić obcych o pieniądze albo co gorsza żebrać.

Być może zbyt wiele się o niej mówiło. Twarde dowody na jej groźną czarnoksięską działalność nie istniały. W XXI wieku nikt nie przyznałby się zresztą, że wierzy w fantastyczne plotki, jakie o niej opowiadają. Ludzie woleli się jednak nie narażać Ratajowej, ot tak, na wszelki wypadek. W końcu skoro tyle mówi się o przesądach, to coś w tym musi być – myśleli. Rozsądniej było uszanować takie drobne absurdy życia codziennego niż czuć potem na własnej skórze zemstę z zaświatów.

Na pewno wiadomo było, że Ratajowa zajmowała się medycyną naturalną i pochodziła z rodziny kręgarzy. Potrafiła w momencie tak nastawić człowiekowi kręgosłup, że wychodził krokiem o dziesięć lat młodszym. Zabierano do niej chorych w sytuacjach, kiedy lekarze mimo wielu badań wciąż nie mogli znaleźć właściwej diagnozy albo rodziny nie było stać na leczenie. Ratajowa pomagała, jak umiała, czasem się jej zresztą udawało. Na pewno wizyta u niej nigdy nikomu nie zaszkodziła, bo stroniła od niebezpiecznych metod, ufając tylko najbardziej tradycyjnym sposobom, ziółkom i naparom z miodem.

Nikt jednak nie wiedział, czy nie używała swojej wiedzy do czegoś jeszcze. Czasem odwiedzały ją młode dziewczyny, mówiąc, że chcą, żeby im powróżyła z kart. Ale kto je tam wie, po co miałoby się im wróżb zachciewać, poszły raczej pozałatwiać jakieś swoje małe nieczyste sprawy. Mąż przyjaciółki heksy, Kowalikowej, zatruł się w zeszłym roku grzybami i zmarł. Było powszechnie wiadomo, że bił żonę, czemu więc Helena nie miałaby pomóc koleżance i dosypać mu czegoś do zupy? Oczywiście, żadnych na to dowodów nie było, ale pozostawały podejrzenia. Szczególnie szkolna katechetka nie była Ratajowej przychylna. Nie podobało jej się, że heksa demoralizuje uczniów, dając im miniaturowe talizmany – łapacze snów. Swoją obecnością podważała sens jej lekcji religii, a że katechetka traktowała swoją pracę bardzo poważnie, głośno zakazała podopiecznym zawierania kontaktów z wiedźmą.

Tym właśnie zainteresowała Antka. Chociaż był z niego jeszcze chłopiec, uwielbiał wprost historie o duchach i strachach. Nic więc dziwnego, że obecność prawdziwej czarownicy w jego otoczeniu wydała mu się spełnieniem marzeń. Od początku postanowił zbadać sprawę w naukowy sposób. Prawie całe lato poświęcił na obserwację i zbieranie informacji, ale mimo wielkich starań, nie udało mu się znaleźć żadnego dowodu na prawdziwość plotek. Zdobył jej plan dnia, historię internetową, akta jej narodzin i zgonu jej męża. Przejrzał też raport na temat śmierci Kowalika i odkrył, że w czasie tego wydarzenia nie było jej nawet w mieście. W końcu zaczął ją szpiegować, zaglądają przez lornetkę w okna jej domu i nic. Pod koniec lata musiał stwierdzić, że mimo najbardziej dokładnych poszukiwań nie znalazł żadnego rzetelnego dowodu na jej magiczne zdolności i z bólem serca uznał, że Helena Rataj to tylko najzwyklejsza w świecie starsza pani.

Umarła w ostatnim tygodniu sierpnia, kiedy jeszcze pogoda całkiem się nie zepsuła i polskie lasy przypominały bengalskie dżungle. Nie miała żadnych spadkobierców, więc zadecydowano, że za pieniądze po niej zakupiony zostanie porządny nagrobek i zorganizowana stypa. Najpierw należało jednak zorganizować w jej domu czuwanie. Na stole postawiono trumnę z drobnym, pomarszczonym ciałem zmarłej, a dookoła przyniesiono wszystkie dostępne krzesła i ławy.

Antek także postanowił pójść, czując, że musi doprowadzić badania do końca. Poza tym polubił nawet tą dziwaczną, ale zaradną kobietę. Jego mama zareagowała najpierw sporym zdziwieniem, ale jeżeli naprawdę tego chciał, wolała go nie zatrzymywać. Nawet rozczuliła ją nieco ta sytuacja i doszła do wniosku, że jej syn musi być bardzo wrażliwym człowiekiem.

Kiedy Antek wszedł do domu Ratajowej, zauważył, że prawie wszystkie miejsca są puste. Dostrzegł tylko księdza, daleką kuzynkę zmarłej i zapłakaną Kowalikową. Usiadł przy trumnie, nie mając pojęcia, co ma powiedzieć. Słyszał tylko ciężkie westchnięcia i lamenty przyjaciółki, która po śmierci męża straciła właśnie drugą najważniejszą dla niej osobę na świecie. Było ciemno, gorąco i duszno, Antkowi powieki zaczęły zamykać się same, próbował nie zasnąć, ale po prostu nie dawał rady.

Obudził się o świcie. Kowalikową wciąż chlipała w kącie, a słońce padało właśnie na wątłą twarz zmarłej. Antek poczuł gniew, bo nie widział jeszcze tak wyludnionego pogrzebu. Czym sobie na to Ratajowa zasłużyła? Co takiego zrobiła tym głupim ludziom, że nie chciało im się nawet na chwilę pofatygować i może podziękować jej za pomoc?

Za życia heksa była zbyt tajemnicza i potencjalnie groźna, żeby ktoś mógł zdobyć się na brak szacunku wobec niej. Sama broniła w ten sposób swojej pozycji, zapewniła sobie spokój i niezależność. Ale teraz, kiedy naprawdę nie była im już w stanie nic zrobić, zlekceważyli ją prawie wszyscy. Antek miał tego dość, według niego Ratajowa zasłużyła na to, by móc ostatni raz pokazać okolicy swoją siłę, nawet jeśli ktoś miałby jej w tym dopomóc. 

Chłopiec pomagał nieść trumnę, ani na chwilę nie odrywając od niej ręki. Towarzystwo żałobników powiększyło się jeszcze o wójta, który skorzystał z okazji by przedstawić swoją mowę. Wcale nie krępowało go występowanie przed małą publicznością. Wychwalał nieboszczkę pod niebiosa i powtarzał, jak bardzo władze doceniają jej wkład w życie wsi. Opowiadał właśnie o jego postrzeganiu znachorskiego talentu Ratajowej, kiedy nagle zauważył, że coś w trumnie się rusza. Zamrugał szybko. Nie, nie przewidziało mu się chyba – ręka nieboszczki na chwilę podniosła się do góry, jakby machając na to wszystko ręką i sugerując, że to z jego strony zbytek łaski.

Antek wiedział, że pomysł z żyłką będzie najlepszy, bo najprostszy. Wystarczyło przywiązać linkę do nadgarstka zmarłej i pociągnąć w kluczowym momencie, a potem szybko się oddalić. Najtrudniejszym punktem było przebywanie cały czas blisko trumny, ale nawet to dało się przeskoczyć.

Wójt szybko skończył przemówienie i wyszedł, wymawiając się ważną gminną naradą. Kowalikowa nic nie zauważyła, była zbyt zatopiona we własnej rozpaczy. Kuzynka wyglądała, jakby miała tam za chwilę zasnąć, a ksiądz poważnie przyglądał się nieboszczce, zastanawiając się, czy powinien wezwać egzorcystę. W końcu jednak zrezygnował, nie chcąc, by Ratajową pochowano w atmosferze skandalu. Sprawdził jej puls, oddech i odruchy. Była martwa, mógł więc kontynuować.

Teraz Antek musiał tylko czekać na efekty. Wójt szybko rozgłosił wśród ludzi, że duch Ratajowej ma się bardzo dobrze i może im jeszcze przysporzyć sporo problemów. To trochę zaniepokoiło mieszkańców, bo kto wie, do czego taka zjawa jest zdolna, szczególnie, jeśli nie dostała odpowiedniego pogrzebu.

Po obiedzie Antek wrócił na cmentarz i zastał świeży grób cały obsypany kwiatami. Wystraszeni mieszkańcy szybko przyjechali z wiązankami i zniczami, mając nadzieję, że nie ściągną na siebie gniewu heksy. Teraz wszystko wyglądało jak należy, nawet całkiem wesoło – wielka góra kwiatów i klęczący przed nią w słońcu chłopiec. 

***

Drodzy Czytelnicy!

Powoli opuszczam WordPress i razem z moją edytorską ekipą przenoszę się na trzylinie.blogspot.com, gdzie was serdecznie zapraszam.

 

Życie i śmierć króla Jerzego

Król Jerzy III urodził się jako potomek bogatej i wpływowej rodziny. Miał więc duże szczęście jak na kota, bowiem w ciągu jego krótkiego życia nigdy jeszcze nie groziło mu niebezpieczeństwo. Jego świat przypominał ulubioną poduszkę z jego posłania, był miękki i idealnie dostosowany do wrażliwej skóry króla Jerzego.Poranek dla króla nie oznaczał żadnej stałej pory. Zazwyczaj budził go wschód słońca, ale w niektóre zimowe dni Jerzy nie wstawał wcale, nad zmarznięte łapy przedkładając słodką drzemkę. Karmiony był kawałkami ludzkiego jedzenia, porcjami baleronów i salcesonów, a do picia dostawał tylko i wyłącznie hipoalergiczne mleko sojowe. Większość czasu spędzał na przechadzaniu się po swojej posiadłości. Uwielbiał kłaść się na niedostępnych szczytach szafek i obserwować okolicę.

Król Jerzy szybko zorientował się, kto tak naprawdę jest w jego domu najważniejszy. Wiedział, że ci wielcy, powolni ludzie służą tylko do przynoszenia jedzenia i są mu poddańczo wierni. Jakież mogli mieć inne intencje, nadając mu tak władcze imię? Przez większość czasu nie wchodzili nawet w pole widzenia króla. Dopiero późnym wieczorem wracali i siadali, by wielbić swojego władcę. On z dobrej woli tolerował takie zachowania, chociaż osobiście uważał je za pozbawione szacunku. Wolał maniery bardziej zdystansowane i chłodne.

Czasem król Jerzy nudził się w swoim domu. Jego włości były zbyt czyste, żeby mógł znaleźć choć jedną mysz potrzebną do polowania, a jego ludzie nie mieli młodych. Od prozy życia ratowała go telewizja, której sposób włączania autorsko opracował. Wystarczyło usiąść ma czarnym pilocie, by móc cieszyć oczy widokiem kolorowych obrazków. Różne rzeczy tam opowiadali, nawet takie, które wydawały się Jerzemu snami na wpół ślepego kociaka. W większości mówiono o ludziach, co niezbyt bawiło króla. Co innego koty – nie podawano na ich temat zbyt wiele informacji, ale z dostępnych mu nagrań wynikało, że przejęły już nad ludźmi władzę w miejscu zwanym Internet. Ach, jak imponujące miały tam królestwo! To potwierdzało tylko poglądy Jerzego – kocia rasa potrzebowała już bardzo niewiele, aby zająć należne jej miejsce jako rządzący na Ziemi gatunek. 

Król był już dojrzałym kocurem i zdawał sobie sprawę z problemów nękających kocie społeczności. Słyszał o biedzie dachowców i marnym losie kotowatych w Chinach. Jak każdy porządny idealista wierzył jednak, że wszystkie te problemy są możliwe do rozwiązania. Wystarczy jedynie wyeliminować barbarzyńskie psy i przywrócić przez to światu harmonię, zatraconą już w czasach starożytnego Egiptu. Koty, organizmy górujące nad innymi sprytem i zwinnością, przeznaczone były od zawsze do kierowania tymi niezdarnymi ludźmi.

W końcu podjął decyzję, że zorganizuje ogólnikoci przewrót. Wiedzę militarną czerpał z filmów dokumentalnych o ponurych, wąsatych panach. Najpierw postanowił podporządkować sobie masy, a żeby to zrobić, udał się do miejsca spotkań wszystkich lokalnych kotów, znajdującego się na tyłach włoskiej restauracji.

Było tam zawsze wyjątkowo przyjemnie, ciepło i wygodnie. W dodatku specjalnością pizzerii Di Garibaldi była pepperoni z anchois, więc każdy zgłodniały kot mógł zjeść nieco jej resztek. Przychodziły tam zwierzęta młode i stare, domowe i dachowe, wszystkie te Mruczki i Gryzabelle. Powstało tam prawdziwe kocie Forum Romanum.

Jerzy III wkroczył do środka jak potomek imperatora. 

– Koty! – zwrócił się wprost do tłumu.

– Jak długo będziecie znosić dyshonor, jaki ściągają na was psy i ludzie? Jak długo jeszcze chcecie pozwalać na kalanie pamięci naszych wielkich przodków, wywodzących się wprost od bogini Bastet? Czy będziecie spokojnie patrzeć, jak wasze potomstwo umiera z głodu w podłych schroniskach? Zaprawdę, zwycięstwo jest bliskie. Wystarczy nam tylko sięgnąć, by przejąć władzę.

Wyglądał tak pięknie, młody kocur o lśniącej sierści, że nikt nie ośmielił się mu sprzeciwić. Stał niczym posąg zdobywcy na tle okrągłego księżyca, jak symbol kociej nadzieji, tak, że nawet najstarsze kocięta nie pamiętały czegoś podobnego.

Jakiś głos z głębi tłumu pisnął:

– Cóż więc nam radzisz, panie?

– Musimy uderzyć w samo serce psiej zarazy! Jest nas dziś wiele i jesteśmy chronieni przez noc. Przy odrobinie szczęścia droga do władzy nad ludźmi stanie przed nami otworem!

Koty zamruczały z zachwytu. Jerzy III miał za sobą prawie wszystkich. Tylko jeden osobnik mógł się z nim teraz mierzyć.

Na płot wszedł Puszuś, potężny pers i nieoficjalny zarządca tego terytorium. Lekko skinął łapą przedmówcy na znak szacunku, po czym rozpoczął przemowę:

– Wiem, że jego słowa brzmią słodko jak świeże mleko, ale czy naprawdę możemy tyle zaryzykować? Z całym szacunkiem, ale ten kocur brzmi jak najmłodszy z miotu! Nie wie, jakich kłopotów sprawia nam taki podrzędny gatunek jak myszy. Ostrzegam was, taka porywczość ściągnie na nas zgubę.

Jerzy III zjeżył gniewnie ogon i zamiauczał głośno. Tłum podążył za nim, a po chwili w całej okolicy słuchać było pisk kotów. Wszystkie opuściły swoją kryjówkę i podążyły za Jerzym wprost do legowiska psów.

Jerzego III nie dziwiło, że psy umiejscowiły swoją siedzibę w środku lasu. Nigdy nie były zbyt długowzroczne. Ale to, że wybrały wąski i głęboki rów, ograniczony rzeką z jednej strony zakrawało na głupotę. Wystarczyło jedynie zaatakować znienacka i wykorzystać ukształtowanie terenu.

Koty ruszyły bezszelestnie do przodu. Kiedy pierwszy psi zwiadowca podniósł swój łeb, było już za późno. Psy nie miały dokąd uciec, bo rów od przodu zamykały koty, a od tyłu zdradliwa i głęboka rzeka. Pułapka się udała.

Koty rozpoczęły zmasowany atak. Cięły wszystko, co nawinęło im się pod łapy, zręcznie raniąc pazurami psie pyski i brzuchy. Ich broń była niewielka, lecz zdradliwa, a liczebność przytłaczająca. Mimo lepszej budowy fizycznej psy ponosiły porażkę.

Jerzy III stał nad brzegiem rowu i obserwował bitwę. Efekt przekraczał jego wyobrażenia. Oto marzenia o wielkości stawały się prawdą.

Nagle na tyłach obozu psów powstał tumult. Dowództwo zrozumiało, że jest tylko jedna deska ratunku. Trzeba wezwać pomoc, przebywając rzekę. Wysłano najlżejszego i najmniejszego zwiadowcę. 

Bitwa zaostrzała się. Jerzy wysłał oddział w stronę rzeki, licząc, że uda im się powstrzymać psią ucieczkę.

Zwiadowca wyprostował się. Miał tylko jedną szansę. Wziął rozbieg, odbił się swoimi krótkimi łapkami od podłoża i skoczył. Wpadł do wody, miał jednak dość sprytu, by chwycić się wystającego korzenia i zniknąć po drugiej stronie.

Jerzy chciał jak najszybciej zakończyć rozgrywkę. Niewiele dzieliło koty od ostatecznego zwycięstwa, jeszcze tylko parę metrów do rzeki i psy nie będą miały szans.

Wtem od wejścia do tunelu na walczące koty ruszyła zgraja myszy. Król Jerzy III osłupiał, oto bowiem walił się jego plan. Szanse na zwycięstwo błyskawicznie zmalały. Myszy, chociaż małe, były szybkie i z łatwością powstrzymywały koty przed ucieczką. Psy znowu zaczęły napierać z prawej strony, zmuszając wojsko Jerzego do ściśnięcia się w środku. Koniec był bliski.

Król zachwiał się. Oto dokonywała się zagłada jego ludu. Ostre kły i małe ząbki, powoli, ale skutecznie rozrywały delikatne futerka. Koty wciąż próbowały się bronić, ale ich siły malały z każdą chwilą. Piach powoli nasiąkał krwią.

Jerzy III chciał ich przywołać, może wydać ostatni rozkaz, ale gdy zbliżył się do samej krawędzi, ziemia obsunęła się i Jerzy wpadł w sam środek rzezi.

Nie do końca wiadomo, co się z nim stało. Nigdy już nie wrócił do domu, to pewne, a jego ludzie ciężko to przeżyli. Podobno jego kości wciąż leżą przy rzece, pomieszane z całą resztą jego pobratymców na jednym wielkim kocim cmentarzu.

  

Moje małe egzorcyzmy

Oto kolejne opowiadanie. Proszę o wyrażanie opinii w komentarzach- to naprawdę wiele znaczy.***

Każdy powód jest dobry, by zorganizować imprezę studencką. W tym wieku mało kto wybrzydza. Nie potrzeba wiele do dobrej zabawy, szczególnie, jeśli młodzież ma już sesję za sobą i musi jakoś odreagować.

Tym razem padło na Andrzejki. Szczęśliwie zostało kilka rekwizytów z Halloween, więc prace organizatorskie zostały zredukowane do minimum. Ściany wciąż obwieszone były smętnymi plastikowymi szkieletami, klosze od lamp obklejone nietoperzami z papieru, a zamiast firan powieszono chustę z krwią niewiadomego pochodzenia. Goście nie stronili od alkoholu – w końcu nie każdy umie rozluźnić się na trzeźwo. Studenci od razu ruszyli w tany, ale ze względu na brak miejsca i marną muzykę przypominało to raczej rytmiczne podrygiwanie. 

Dziewczyny z ASP podeszły do sprawy kreatywnie i urządziły sobie pod ścianą upiorny barek. Liczyły na wysoki zysk przy niewielkim wkładzie własnym i, chociaż ceny drinków nie dodały im popularności, cel został osiągnięty. Starania zwróciły się z nawiązką.

Przy stolikach stale siedziało kilka osób, ale większość co jakiś czas ruszała się z miejsca i wychodziła na parkiet albo do toalety. Tylko jedna przygarbiona postać od początku nie opuszczała swojego krzesła. Piła jedynie wodę, zresztą z wyjątkowo kwaśną miną, ciągle stukała palcami albo chowała głowę w ramionach. W końcu barmanka zaniepokoiła się, że coś może być z nią nie tak, podeszła więc i zapytała:

– Cześć, jak się czujesz? Wszystko dobrze?

Dziewczyna kiwnęła głową, uśmiechając się sztucznie.

– Jasne, czuję się doskonale. A ty?

Barmanka nie była zbyt przekonana i na wszelki wypadek postanowiła wybadać sprawę.

– Jest nieźle. Na pewno nie chcesz się czegoś napić?- powiedziała raczej ze względu na interes lokalu niż prawdziwą troskę.

– Nie, i bez tego mam straszny bałagan w głowie. Tak przy okazji, jestem Natalia, a ty?

Barmanka wyprostowała się i odrzekła z dumą:

– Dziś mów na mnie Rachela.

Rzeczywiście, ubrana była jak panna ze starej sztuki. Jej długie, kręcone włosy wiły się na czerwonej sukni, a ciemne oczy błyskały ciekawie. Natalia nie mogła rozpoznać jej twarzy, a przecież dobrze znała wszystkie studentki Akademii Plastycznej. 

Pokiwała głową z uznaniem.

– Rzeczywiście, to jest porządne przebranie. Ale skąd taki wybór? Mam nadzieję, że nie planujesz sprowadzić tu żadnych chochołów.

– Nie martw się, nie interesują mnie upiory. Umiem trochę wróżyć z fusów, trochę z ręki i chciałam sobie dorobić jako wróżbitka. Miałam być Cyganką, ale chciałam zrobić wrażenie na pewnym miłośniku Wyspiańskiego z wydziału polonistyki, sama rozumiesz.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo.

Ciągle trzęsły jej się ręce i nie do końca umiała to ukryć. Próbowała jakoś schować je w szerokich, czarnych rękawach, ale to nie pomagało.

Rachela uśmiechnęła się zachęcająco.

– Masz jakieś zmartwienie? Może ja pomogę? Jak już mówiłam, wiele potrafię, przepowiadam przyszłość, zginam łyżeczki siłą umysłu, czytam z kart i robię całkiem dobrą kawę. Skusisz się na coś?

Natalia wzruszyła ramionami.

– Na pewno mi to nie zaszkodzi. Trochę nudzę się tu sama, ale nie mogę się nigdzie ruszyć, bo mam tu doskonały punkt obserwacyjny.

– Co takiego obserwujesz?

Dziewczyna wskazała ręką w stronę tłumu.

– Widzisz go? Tamtego chłopaka w kurtce? 

– Podoba ci się?

Natalia podskoczyła jak diabeł oblany wodą święconą.

– O czym ty mówisz? Nie, myślę raczej, że rzucił na mnie klątwę. Mówiłaś, że znasz się na tych sprawach. Możesz mi pomóc?

– Klątwę? To brzmi niedorzecznie. Do tego nie jest chyba zbyt prawdopodobne.

– Ale to jedyne logiczne wyjaśnienie! – zaperzyła się – Dedukcja nie kłamie! Oczywiście, jest to nieprawdopodobne, ale nie niemożliwe. Zresztą, zaraz ci wszystko opowiem i sama przyznasz mi rację.

Rachela spojrzała na nią z powątpiewaniem.

– Po pierwsze, dostrzegam symptomy jakiejś dziwnej choroby. Trochę tak, jakbym miała grypę, ale bez kataru czy chrypki. Cały dzień chodzę poddenerwowana. Mój puls jest zbyt szybki, jakbym wciąż gotowała się do ucieczki. Boli mnie brzuch. Wszystko to jasno wskazuje na jakieś zatrucie, a objawy występują dokładnie od czasu, kiedy ostatni raz go widziałam!

Rachela nie wyglądała na całkiem przekonaną.

– Dlaczego więc tu siedzisz?

– Prowadzę obserwacje. Odkryłam, że patrzenie chwilowo uśmierza ból. Niestety – spojrzała na swoją dłoń z irytacją – ruchy rąk tylko się nasilają. Trzęsę się jak stulatka?

– Wszystko to brzmi bardzo pięknie, ale nadal obstawiam przy swoim.

– Są jeszcze najnowsze rezultaty. – upiła łyk wody – No więc, nawet o nim nie myślę, przynajmniej w świadomy sposób. Ale kiedy idę przez ulicę i widzę na przykład dziewczynę w czerwonej koszuli w kratę, myślę sobie, że on ma taką samą. Zauważam to, tylko jak? Skąd w mojej pamięci tyle niepotrzebnych detali?

– Myślę, że rozwiązanie jest dużo prostsze niż opętanie.

– Nie znam go! Jak mógłby tak na mnie działać ktoś obcy? Naprawdę, to nie ma sensu. Słyszałam go raz, może dwa razy, a tydzień temu nie znałam nawet jego imienia. A teraz, czuję to, moja podświadomość domyśla sobie jego historię, tworzy mu nową tożsamość i mam wrażenie, jakbym coś o nim wiedziała. A nie wiem przecież prawie nic.

– Ludzie przechodzą to w różny sposób. To nie jest ospa albo czerwonka, nie ma żadnych uniwersalnych reguł postępowania.

Natalia spojrzała na nią oczami popuchniętymi ze zmęczenia.

– Nie wiem. Mam już tego dość, po prostu chcę trochę odpocząć i wrócić do swojego normalnego życia, ale nie mogę.  

Mój mózg się zbuntował, cały czas czuję podskórne napięcie, jakby ktoś wszczepił mi obcego próbującego zniszczyć mnie od środka. Powiedz mi wreszcie, czy umiesz mnie wyleczyć.

  
Rachela zamyśliła się na chwilę. Nie była całkiem pewna swojej kuracji, ale stwierdziła, że warto spróbować.

– Znam tylko jeden sposób, ale nie wiem, czy ci się spodoba.

Natalia słuchała w napięciu.

– To rada Racheli. Mickiewicz i Wyspiański w swoich sztukach pokazywali ludzi rozwiązujących zaświatowe problemy za pomocą konfrontacji. Tylko tak możesz rozwiązać swój problem, mianowicie musisz stanąć ze swoim duchem twarzą w twarz i porównać go ze swoim wyobrażeniem. To ci pomoże.

Natalia nie wyglądała na zbyt zadowoloną.

– Mam tu stanąć i rozmawiać? W tym stanie? Chyba żartujesz.

– Już po niego idę, więc jeśli naprawdę chcesz pozbyć się swojej choroby, musisz tu tylko chwilę poczekać.

Rachela zanurzyła się w pijanym tłumie i po chwili wyłuskały odpowiednią osobę. Niestety, kiedy wróciła, stolik był pusty. Zaklęła po cichu, bo liczyła na symboliczną zapłatę za wróżbiarskie usługi.

– O co chodzi? – upiór patrzył na nią pytającym wzrokiem.

– Nic takiego – machnęła ręką – Ktoś chciał tu coś od ciebie, ale chyba się rozmyślił. Bardzo niezdecydowana osoba. Przepraszam za fatygę i wracam już do barku, bo ludzie czekają.

I już jej nie było.

 

Trochę o zaufaniu

   Teresa wiedziała, że nikt nie jest idealny. Nie przeszkadzało jej to jednak dążyć do perfekcji. Nie chciała zaniedbać niczego. Każdy aspekt swojego życia dopracowywała latami.   Była jedną z tych kobiet, które nie mają czasu na sen. Pamiętała o swoich dzieciach i mężu, szwagrze i teściach. Nawet najmniejszy detal jej stroju coś znaczył, dlatego ubierała się skrupulatnie jak brytyjska księżna. W jej świecie rzeczy nieważne nie istniały.

   Mówiła, że nauczyła się tego od matki. Teresa bardzo ją podziwiała. Biła od niej zawsze jakaś siła. Była stała i dobra jak ziemia pod stopami. Bez niej Teresa nigdy nie czuła się całkiem bezpiecznie.

   Wolała chować się w cieniu mamy, która martwiła się trochę, że mała wyrośnie na zahukaną i nieporadną życiowo. Powtarzała więc:

– Miej zawsze oczy dookoła głowy. Obserwuj wszystkich, nie zaniedbuj niczego. Nie daj się zjeść. Wtedy uda ci się zawsze jakoś przeżyć.

   Może Tereska miała problemy z wyrażaniem własnego zdania, ale słuchanie wychodziło jej świetnie. Wszystkie rady matki wryły jej się w pamięć i zostały tam, ważne jak dziesięć przykazań.

   Po tych trzydziestu latach- myślała- naprawdę widzę, że miała rację. Nigdy sobie nie odpuszczałam. Włożyłam wiele pracy w kształtowanie swojego życia, ale udało się. Może czasem czułam się pokrzywdzona, minęło mnie wiele imprez i przyjemności, ale mam teraz swoją małą stabilizację. Pracuję w renomowanej kancelarii, żyję z porządnym człowiekiem, mam wspaniałe dzieci. Jestem zadowolona z siebie i to dzięki niej.

   Pewnego czwartku o szóstej po południu w gabinecie Teresy zadzwonił telefon. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to nie była jej prywatna komórka. Teresa z miejsca poczuła niepokój. To nie kontrahenci, więc kto może tu do niej dzwonić? Czy coś stało się dzieciom?

   Głos w słuchawce szybko rozwiał jej wątpliwości.

– Czy rozmawiam z panią Teresą Krawczyk?

– Tak.

   Czuła, że nie chodzi o nic dobrego.

– Z przykrością musimy panią poinformować, że pani matka miała dziś rano wypadek. Potrącił ją samochód. Sprawca od razu zadzwonił do naszego szpitala, ale było już za późno. Mogę tylko pani powiedzieć, że zgon nastąpił szybko i prawie bezboleśnie.

– Co?- wyjąkała nienaturalnie wysokim głosem- Ale jak to? To musi być pomyłka. Moja mama jest okazem zdrowia. Ma zawsze dobre wyniki badań. Coś się tam panu pomyliło w papierach.

– Rozumiem, że jest pani wstrząśnięta- głos starał się być miły- ale to był nieszczęśliwy wypadek. Sprawca cofał, nie zauważył jej. Jedynie potrącił ją, a ona upadła i uderzyła głową o krawężnik. Nic nie można było zrobić.

– Ale to nie…

– Miała pani numer napisany na kartce w portfelu. Z dopiskiem „Na wszelki wypadek”. Bardzo mi przykro, ale to była ona.

   Teresa milczała.

– Rozumiemy, że jest pani wstrząśnięta. Prosimy jednak o szybki kontakt. Szpital Grodzki w Lipnowie. Proszę dzwonić na podany numer.

   I rozłączył się.

   Teresa poczuła ostre kłucie w sercu. Kolejny nerwoból. Ostatnio pojawiały się coraz częściej.

   Przez chwilę Teresa próbowała trzymać się i nadal grać rolę opoki rodziny, ale nie dała rady. Jak to w ogóle możliwe? Zawsze unikała rzeczy, które mogły przynieść szkodę. Była dobrą osobą. Zasługiwała na swoje życie, naprawdę. Wiedziała, jakie jest cenne.

   Czemu umarła?

   Teresa poczuła, że robi jej się niedobrze, jakby ktoś pozmieniał prawa fizyki i usunął grawitację. Straciła swój punkt odniesienia. Jeszcze przed chwilą dobrzy ludzie mieli szansę na dobre życie, a teraz wszystko stało się bezsensowne i poplątane. Naprawdę, czemu życie ma być takie skomplikowane i niesprawiedliwe? Kto to wymyślił?

   Teresa nigdy nie myślała zbyt wiele o Bogu. Wystarczyły jej rady matki i dziesięć przykazań, dwa jasne i klarowne zbiory zasad. Lubiła chodzić do kościoła bo podobały jej się nabożna atmosfera i zapach kadzidła. Słuchając kazań, utwierdzała się tylko w przekonaniu, że zmierza w dobrą stronę. Nie uważała się za kłamliwego grzesznika, tylko czasem doznawała zdradliwego poczucia własnej wyższości, ale pośpiesznie je w sobie tłumiła.

   Czasem w kościele mówiono o rzeczach, których nie mogła zrozumieć. Bliższa jej była postawa Marty, dbającej o dom i rodzinę, niż refleksyjnej Marii. Szanowała sceptycyzm niewiernego Tomasza, bo zawsze wolała wiedzieć niż wierzyć.

   Kiedyś Bóg wydawał się jej sympatycznym ojcem rozdającym prezenty ludziom porządnym i dobrym, a teraz widziała tylko chaos. To nie miało żadnego sensu. Im dłużej o tym myślała, tym mniej wiedziała.

   Zegar wybił dwudziestą, a ona wciąż nie mogła się ruszyć. Kancelaria opustoszała, pracownicy jeden po drugim znikali w mroku ulicy. Pogasły światła na korytarzu i w końcu nawet woźny delikatnie zostawił Teresie klucze na szafce i wrócił do domu.

   Czuła straszną bezsilność. Zawsze była nastawiona na natychmiastowe rozwiązanie problemu, a teraz nie mogła już nic na to poradzić. Obsesyjnie wracała do tych samych myśli, ale rozwiązania wciąż nie było.

   W końcu się poddała i poszła do łazienki. Chciała doprowadzić się do porządku chociaż od zewnątrz. Umyła twarz, wyjęła podkład i drżącymi rękami nałożyła szminkę. Wcale nie pomogło, wciąż wyglądała jak mała beksa z czerwonymi poduszkami zamiast oczu i zasmarkanym nosem.

   Wróciła do pokoju i po raz kolejny spróbowała pomyśleć konstruktywnie. Musiała przyznać sama przed sobą, że nie daje rady. Wcale jej to nie pomogło, jak dotąd to ona zawsze miała być tą silną. Czuła podskórny lęk, że nie wypełnia swojego zadania, że mama nie byałaby z niej dumna, gdziekolwiek teraz jest.

   Przejrzała wiadomości i znalazła wiele nieodebranych połączeń od męża. Nawet dzieci wysłały jej kilka wiadomości, choć zazwyczaj były zbyt zajęte swoim nastoletnim życiem, żeby zauważyć jej nieobecność. Przeczytała kilka z nich i poczuła się odrobinkę, ociupinkę lepiej. Mimo śmierci mamy miała jeszcze jakiś punkt odniesienia. Wciąż ponosiła odpowiedzialność za swoją rodzinę i musi się pozbierać nie ze względu na swoje życie, ale właśnie na tą odpowiedzialność.

   Niestety, dzisiaj się jeszcze nie uda. Spojrzała na bałagan na biurku, zasmarkane akta i brudne kubki. Znowu czuła się bezsilna. Wiedziała, że już nigdy nie będzie idealnie, te zasady odeszły razem z nią. Ideał Teresy umarł i w tym momencie pozostała jej tylko pamięć oraz własny rozum.

   Przeprosiła w myślach mamę. Nie była taka, jakiej ona chciała. Znowu nie wyszło jej bycie doskonałą, ale niektórych rzeczy nie może przewidzieć ani zmienić. Pomyślała, że chciałaby, żeby jej matka miała lepsze życie i lepszą córkę. Zasługiwała na to.

   Teresa kolejny raz sięgnęła po akta z braku chusteczek. Do niczego się już nie nadawały- jutro musi poprosić o nowe kopie, co pewnie nie będzie łatwe- ale to nie był wielki problem. Sięgnęła po telefon, mając nadzieję, że brzmi lepiej niż wygląda:

– Kochanie, przepraszam, że tak długo nie odpowiadałam. Stało się coś strasznego. Ze mną chyba wszystko w porządku, ale nie dam rady wrócić sama. Czy możesz zabrać mnie stąd? Teraz?

Yukata

   Lato to czas nadrabiania zaległości. Kiedyś trzeba zajrzeć do piwnicy i zająć się starymi sprawami, bo potem, w czasie mrozu, nikt nie będzie miał na to siły.  
   To był mój cichy plan na lato. Miałam już całą listę rzeczy, którymi powinnam się zająć. Zdecydowałam się zacząć od razu.

– I słusznie- skomentowała Ida.

– Chodźmy razem na wieczorny festyn. Najlepiej rozpocząć od świętowania, dmuchańców i waty cukrowej.

   Spotkałyśmy się wieczorem. Przyszła w różowej yukacie, lekkiej japońskiej szatce na lato. Zmarszczyłam brwi, a ona tylko wzruszyła ramionami:

– No co, nie ma porządnego letniego festynu bez dziewczyny w yukacie, tak? Stara prawda. Ja ci tylko pomagam.

   Usiadłyśmy na ławce pod lipą. Dookoła nas biegały dzieciaki, szukające kolejnej karuzeli, i lekko podchmieleni tanim piwem dorośli. Było ciepło i duszno.

– To co chcesz robić najpierw?

   Uśmiechnęłam się.

– Możesz mi opowiedzieć o swojej operacji. Nigdy nie słyszałam całej historii, no wiesz, od początku do końca.

– Jeśli serio tego chcesz… Dobrze, zaczynam.

   Usadowiła się wygodnie. 

– Właściwie już ci o tym opowiadałam. Kiedy byłam mała, wykryto u mnie skoliozę. Niestety, skrzywienie się nie zatrzymało, raczej postępowało. Zaczęłam jeździć na rehabilitację, te sprawy. W pewnym momencie stwierdzono, że można mi zrobić operację.

– I co ty na to?

– Byłam zadowolona…

– No właśnie.

-… ale znałam już wtedy szpital. Miałam tam kolegów, naprawdę świetnych ludzi. Do tego wiesz, cieszyłam się, że będę potem lepiej wyglądać i w ogóle.

– Zgadzam się, to bardzo ważne. Lubię zresztą posłuchać o takim wykorzystaniu chirurgii plastycznej. Cały czas mówi się o botoksach i kwasie hialuronowym, pokazuje się kobiety o ustach jak po ataku szerszeni, a chirurgia może być naprawdę dobra i potrzebna.

– Wracamy do tematu, bo chciałaś, żebym opowiedziała wszystko do końca, a zaschło mi w gardle.

   Po krótkiej przerwie na soczek mówiłyśmy dalej.

– Znałam już w szpitalu wielu fajnych ludzi, tak więc nie bałam się zbytnio. Traktowałam to jak taki letni obóz. Było zresztą prawie tak samo, tylko badania wspominam niezbyt dobrze. Słuchaliśmy dużo muzyki. W końcu wyznaczono mi datę operacji. Naprawdę byłam raczej podekscytowana niż wystraszona. Wszystko przebiegło planowo.

– Bolało?

– Dostałam morfinę.

– Serio? Jakie to uczucie? Wiesz, raczej nie będę próbować, a dobrze wiedzieć.

– To jest tak- zamachałam rękami- że gdy skupiasz się na jakimś szczególe, to on zamazuje się i jakby ucieka? Trudno to wyjaśnić.

– Chyba rozumiem.

– Generalnie cały czas śpisz. Mnie budzili tylko na chwilę, żeby sprawdzić, czy mi niczego nie uszkodzili. Zapytali, czy mogę ruszać nogami i rękoma, a ja im tylko kiwnęłam i z powrotem zasnęłam. Ale bardzo chciałam już wyjść, wstawać. Kiedy pielęgniarka przychodziła, to ja próbowałam wszystko robić sama. W końcu po tygodniu wypuścili mnie na obiad.

– Nieźle.

– Wbrew pozorom goiłam się bardzo szybko i ładnie. Moja koleżanka miała komplikacje, to było trochę przykre, kiedy ja tak szybko byłam sprawna, a ona ciągle leżała w łóżku. Ale wszystko dobrze się skończyło. Tylko kiedy pada deszcz czuję, że mam w kręgosłupie kawałek metalu.

– Tak, mówiłaś. Chyba zresztą zaczyna padać. 

   Spojrzałyśmy na niebo. Było zasnute czarnymi chmurami. Ludzie na festynie jeden po drugim odchodzili, decydując się na dyskretną ewakuację. 

– Musimy się pośpieszyć- stwierdziła- Teraz ja mam do ciebie pytanie. Dlaczego akurat to chciałaś zrobić najpierw?

– Po pierwsze, lubię jak o tym mówisz, bo cieszysz się z operacji. To przynosi nadzieję. Mi szpital kojarzy się tylko z szarymi kolejkami i zapachem śmierci, bo tam jeździliśmy, kiedy babcia była chora. A dla ciebie to ważne i dobre miejsce. Bardzo mi się to podoba.

– Po drugie?

– Naprawdę chciałam znać tą historię od początku do końca, a nie z każdej strony naraz.

– Miło mi- wyszczerzyła zęby. Słychać już było delikatny szum. Deszcz zaatakował.

– To ja już lepiej pójdę. Do zobaczenia!

– Pa!

  Patrzyłam, jak odchodzi. Nie miała parasola. Tylko cienka yukata chroniła jej plecy przed deszczem.

Być blisko

To moje pierwsze opowiadanie opublikowane na tym blogu. Przepraszam za wszystkie usterki. Liczę na konstruktywną krytykę i dziękuję za zainteresowanie! 

***

Być blisko

Od pierwszego dnia w szkole mój brat bardzo stara się dorosnąć. Dla mnie i innych wciąż pozostaje dzieckiem i bardzo go to denerwuje.

– Jakie on ma słodziutkie złote loczki! Aż chciałoby się go zjeść.- mówi fryzjerka, a on natychmiast chce się obciąć na jeża.Od pierwszego dnia w szkole mój brat bardzo stara się dorosnąć. Dla mnie i innych wciąż pozostaje dzieckiem i bardzo go to denerwuje.

Ma tysiąc pomysłów na minutę. Trudno jest mi za nim nadążyć, zrozumieć, dlaczego krzyczy z rozpaczy albo uśmiecha się porozumiewawczo. Kiedyś to wiedziałam.

– Nie będziesz chodził na treningi w soboty- mówi tata- Nie dajemy rady wozić cię dzień w dzień. Nam też się coś od życia należy!

– Ale tam chodzą wszyscy. Naprawdę!

Mój brat ma łzy w oczach. Strasznie się wszystkim przejmuje, jak zawsze zresztą. Chce być silny i dzielny. Nie wie, że cały czas taki jest, tylko na swój sposób.

To jego pierwszy rok w szkole. Do domu przychodzi rozbrykany, wygląda na to, że dobrze tam sobie radzi. Chwali się, że najlepiej w klasie czyta, kopie i najbardziej go wszyscy lubią. Ciekawią mnie jego koledzy. Może oni znają go lepiej i wiedzą, dlaczego wciąż jest taki nerwowy?

Ostatnio kłóci się ze wszystkimi. Na przykład teraz, z mamą, bo nie chce wracać do domu. Cały czas wyzywa bez powodu. Mam wyrzuty sumienia, jak na niego patrzę. Tyle czasu poświęcam na naukę. Może gdybym wcześniej zwróciła na niego uwagę, byłoby inaczej?

W końcu mama rzuca mi zrezygnowane spojrzenie.

– Mam zaraz wizytę lekarską. Możesz wrócić z nim pociągiem, gdy tylko się uspokoi?

Kiwam głową.

I tak siedzimy sobie na ławeczce przed Empikiem, mój brat i ja. Chyba jest mu już lepiej. Przestaje płakać. Mruga tylko spuchniętymi powiekami.

– Pójdziesz ze mną zobaczyć czerwoną lokomotywę?- pyta- Oskar mówił, że jest niedaleko. Podobno stara. Zabytek.

– Nie ma mowy. O szóstej mamy ostatni pociąg i musimy zdążyć.

– Ale ja muszę zobaczyć lokomotywę!

– Uspokój się, możemy tam jeszcze wrócić…

Nagle wyrywa mi się i biegnie przez ulicę. Dookoła są tłumy ludzi. Próbuję go dogonić, ale co jakiś czas niknie w tłumie. Serce mi wali. Miałam być za niego odpowiedzialna, a teraz co? Już widzę rozczarowaną minę mamy.

Nagle miga mi jego jasna czupryna. Wbiega w skrót, w uliczkę narkomanów. Mój kolega tam mieszka. Żadna z jego opowieści o okolicy nie kończy się dobrze.

– Michał! Wracaj tu!

Cały czas oglądam się we wszystkie strony. Na pierwszy rzut oka uliczka jest pusta, ale wcale mnie to nie uspokaja. Dobrze, widzę go, chwilowo cały i zdrowy. Potykam się. Dlaczego on musi trenować piłkę? Nie nadążam.

Jest już przy samym dworcu. Obserwuję go uważnie. Gdzie on ma tę lokomotywę? Dokąd biegnie? Wydaje się zdezorientowany. To moja szansa.

– Michał! Chodź tu!

Nawet się nie odwraca, tylko wchodzi na tory. O nie. O nie, nie, nie. Co teraz?

– Co ty robisz, Michał? Wracaj tu! Zaraz coś cię przejedzie!

Podaję mu rękę, w końcu szarpię, ale on ani drgnie.

– Nie mogę, muszę zobaczyć lokomotywę!

– Jak umrzesz, to nic już nie zobaczysz! Chodź tu, durniu!

Wygląda na wstrząśniętego, ale chwyta mnie za rękę i spokojnie daje się zaprowadzić do pociągu.

– Nie mam pojęcia, co ci odbiło. No po prostu nie wiem! Jak wrócimy, dostaniesz karę na wieczność! Osobiście o to zadbam.

Cisza.

– Olek powiedział, że jak nie znajdę lokomotywy, to nie jestem gościem. Jego tata mu pokazał. Jest maszynistą. Olek mówi na Sandrę heksa, a na Bartka kujon. A na mnie będzie mówił dzidziuś, jeśli nie obejrzę lokomotywy.

Zrozumiałam.

– Nie przejmuj się. Coś wymyślimy na tą podłą żmiję. On to dopiero dostanie karę!

Michał uśmiechnął się.

– Ale dorośli nie uciekają, pamiętaj- mówię.

– Dobrze. Będę.

Fantastycznie

Czytanie książek to bardzo przyjemne zajęcie. Dobrze jest móc czasem uciec ze świata codziennych problemów i żyć jak bohater. Literatura prezentuje tysiące możliwości, od plażowania na Marsie do śledzenia rzymskich zbrodni, tak więc każdy znajdzie w niej coś dla siebie. To idealne biuro podróży, oferujące nie tylko zmianę miejsca, ale też celu podróży.

  Uzależnienie od książek ma niestety skutki uboczne. Nie mówię tu nawet o braku czasu i pogarszającym się wzroku. Literatura rozbudza w ludziach pragnienia. Bohaterowie zawsze żyją lepiej, mocniej, pełniej. Zwykle nie są obciążeni wieloma obowiązkami, mają za to czas na niekończące się przygody. Oczywiście, ich życie bywa bardzo trudne. Wątpię, czy jakiś fan Igrzysk Śmierci byłby skłonny przenieść się do Panem. Niemniej, bohaterów rzadko dotyka nuda codziennego życia. Cierpią raczej na nadmiar niż niedomiar bodźców.

Biedny mól książkowy nie ma szans na takie przygody. Troszczy się raczej o przeżycie kolejnego dnia. Martwią go dzieci, praca, zdrowie. Często szuka w literaturze spełnienia marzeń, ucieczki od niezadowalającego życia.   Zazdrości bohaterom ich dni pełnych wrażeń. Czasem mól książkowy bywa nieśmiały i zamknięty w sobie. Wtedy jeszcze bardziej czuje, że takie życie jest dla niego niedostępne. Może zakopać się dalej w świecie fantazji i wynagradzać tak sobie prozę codzienności.

Niestety, chociaż książki są moim skromnym zdaniem najcudowniejszym wynalazkiem ludzkości, nie zastąpią życia. Są tylko iluzją. Piękną, mądrą, barwną iluzją.

Życie jest gdzie indziej.

Problem w tym, że czytelnik zawsze jest tylko obserwatorem wydarzeń. Nie uczestniczy w fabule naprawdę. Dlatego właśnie literatura nie da rady zastąpić relacji międzyludzkich. Może udoskonalić nasz sposób postrzegania innych ludzi, ale nie prowadzi z nami dialogu.

Czasem warto odłożyć na chwilę książkę i zadowolić się życiem codziennym. W końcu są rzeczy, których bohaterowie literaccy mogli by nam tylko pozazdrościć. Na pewno brakuje im spokoju i poczucia bezpieczeństwa.

 Dwa dni temu pojechaliśmy z klasą na wycieczkę w góry. Na początku było bardzo przyjemnie- słońce, droga, luz. Mieliśmy małe problemy ze znalezieniem naszych chatek na środku niczego, ale to nie pozbawiło nas animuszu. Pierwszym rozczarowaniem był brak zasięgu. Wreszcie rozpakowaliśmy się i poszliśmy coś zjeść. Nagle okazało się, że nie możemy nigdzie znaleźć jednego z naszych kolegów, a ktoś zauważył, jak szedł w stronę gór. W dodatku nadeszła burza. Nasza pani zaczęła lekko panikować i zarządziła poszukiwania. Czekaliśmy w naszych małych, mrocznych domkach na jakiekolwiek wieści.

Atmosfera iście kryminalna, prawda? No, my też trochę się baliśmy. Na początku było ciekawie, ale potem zaczęliśmy się zastanawiać, czy koledze nic się nie stało i czy morderca nie zaatakuje też nas. Mało przyjemne, mówiąc szczerze.

  
Na szczęście byliśmy w świecie rzeczywistym i kolega sam przyszedł z powrotem, cały zresztą przemoczony. Szukał zasięgu. Burza wkrótce minęła. Cieszyliśmy się piękną pogodą.

Dobrze, że mojemu życiu przez chwilę zabrakło dramaturgii i koledze nic nie jest. Czasem fajnie bywa w naszej codziennej nudzie. W książkach przygody wydają się zdecydowanie lepsze.

Niech żyje królowa!

Nie tak dawno okrzyknięto Katarzynę Bondę królową polskiego kryminału. Chociaż jestem zaintrygowana samą osobą pisarki i nie mogę odmówić jej technicznego kunsztu, trochę drażni mnie, że tak szybko zapomniano o Joannie Chmielewskiej. Była moją idolką i dziwnie jest mi myśleć o kimś innym na jej miejscu.

Już jako dziecko nauczyłam się, że nie można czytać jej książek mając na celu samodzielne rozwiązanie zagadki. To niemożliwe.Tylko człowieka głowa rozboli od słowotoku. Chmielewska potrzebuje czegoś więcej.

 Kluczem do jej twórczości jest poddanie się opowieści. To jak spotkanie się na kawie z przyjaciółką. Będzie opowiadać o tysiącu codziennych sprawach, plotkach ze świata rodziny i znajomych, ale tak pikantnie i ciekawie, że możesz tam siedzieć, pić dziesiątą latte i słuchać.

O to właśnie chodzi. Żeby poddać się opowieści o krwawej zbrodni popełnionej przez czyjegoś gacha, a potem ucieczce kurcgalopkiem przed zagrożeniem ( to zresztą chyba jedyne rozsądne określenie na bieg w szpilkach). Zadziwić fantazją autorki.

Moją ulubioną książką Chmielewskiej jest „Wszystko czerwone”. Fabuła jest mniej więcej taka: Na przyjęciu dla przyjaciół Chmielewskiej w Danii popełniona zostaje zbrodnia, która pociąga za sobą cały łańcuch następnych. Wygląda na to, że ofiarą ma być konkretna osoba. Tylko dlaczego? I jak to się dzieje, że sprawca ciągle partaczy?

  
Podobno to prawdziwi znajomi Chmielewskiej zostali opisani w książce. Autorka miała nawet pytać, kto chce być sprawcą, i ułożyć fabułę zgodnie z życzeniem. To bardzo sympatyczne rozwiązanie problemu autobiograficznych inspiracji.

Dopiero niedawno sięgnęłam po książkę Bondy. Moim największym marzeniem jest napisanie własnej książki, ale kiepsko mi to szczerze mówiąc idzie. Konstrukcji i planowania próbuję uczyć się z poradników, ale to mała nisza zapełniona głównie tłumaczeniami z angielskiego. A przecież inaczej wygląda literatura polska i obcojęzyczna, różna jest gramatyka, brzmienie, budowa zdań. Polskie pozycje szybko zostają białymi krukami, tak jak na przykład „Galeria złamanych piór”.

Dlatego właśnie sięgnęłam po „Maszynę do pisania” Katarzyny Bondy. Nie jestem zresztą zawiedziona. Autorka jest bardzo dobrze wykształcona w tej dziedzinie. Uczy zresztą w szkole kreatywnego pisania. Jej rady dotyczące przygotowania czy budowania fabuły są interesujące. Brzmią prawdziwie. Podaje też dużo ciekawych ćwiczeń i ciekawostek.

  
Czasem jednak irytuje nawiązaniami do własnych książek. O większości opisywanych przez nią cudzych powieści niewiele słyszałam. Choć wychwala Flauberta pod niebiosa, wygląda na to, że czytała tylko „Panią Bovary”. Jej opinie na temat długości i formy powieści są bardzo nieobiektywne. Cały czas cytuje Arystotelesa, do którego mam osobistą antypatię.

To jednak tylko drobne mankamenty. Wiem już, że bardzo przyda mi się wiedza wyniesiona z lektury. Bonda to pisarka systematyczna, misternie i cierpliwie budująca fabułę. Można jej w tej kwestii zaufać.

  
Do księgarni wchodzi nowa powieść Bondy, „Okularnik”. Już zbiera pozytywne recenzje. Podobno porusza ambitne tematy, takie jak wysiedlenia ludności wschodniej. To rasowa, ciemna powieść z dreszczykiem. 

Bonda nie pojawiła się znikąd. Przez wiele lat pracowała jako dziennikarka i napisała też książkę non-fiction, „Polskie morderczynnie”. Opowiada, że po poważnym wypadku przewartościowałam swoje życie i zdecydowała się zająć prawdziwą pasją. Została pisarką kryminałów.

To ciekawe, jak bardzo różnią się od siebie dwie królowe kryminału. Jedna bazowała na własnym uroku i poetyckiej frazie, druga dba głównie o budowę fabuły i wartką akcję. Będę bacznie obserwować to nowe panowanie.