Archiwa miesięczne: Maj 2015

Drugi raz

Najbardziej intensywny okres fascynacji Wisławą Szymborską przeżyłam w gimnazjum. Podobały mi się jej wiersze. Były przejrzyste, klarowne i zrozumiałe. Często zaskakiwały podejściem do tematu, ale nigdy nie marnowały słów na egzaltowane wywody. Domeną Szymborskiej była analiza, a mnie- matfizowemu sercu- bardzo się to podobało.

  
Zdążyłam się nawet skompromitować w gimnazjum, mówiąc „Wietnam” i jakiś polityczny wiersz Gałczyńskiego. Nie rozumiałam ich wtedy zbyt dobrze. Z perspektywy czasu dziękuję jury, że nie przepuścili mnie dalej. Nie zasługiwałem na to.
Potem trafiłam na szyderczy artykuł o Wisławie. Razem z „Kamieniami na szaniec” wbito nam do głowy, że kolaboracja to zło. Czułam się zdradzona. Jakby autorka okłamała mnie w bardzo wyrafinowany sposób. Straciłam idola.

Dopiero po latach zaczęłam czytać Kunderę i Céline’a. Zaakceptowałam fakt, że pisarz jest zwykłym człowiekiem, a nie jakimś żelaznym kompasem moralnym. Sama popełniłam błędy i zaczęłam wybaczać je innym. Przynajmniej w ograniczonym zakresie.

Ostatnio przy lekturze „Pamiętam, że było gorąco” natknęłam się na anegdotę o Szymborskiej:

Lubi Pan cudze koty, na przykład koty znajomych?Konwicki: Byłem zaproszony z grupą literatów przez dyrektora Louisiana Museum w Kopenhadze. To bardzo zamożni ludzie, szklane pawilony nad morzem, sztuka współczesna, piękny park, trawa przycięta. Składamy wizytę. Wchodzimy, wita nas pan dyrektor i jego piękna, wytworna żona z jakimś egzotycznym kotem. Ja przechodzę, witam się z panem, z panią i z jakiejś chęci podlizania się chcę pogłaskać kota, ale rezygnuję. Za mną idzie Wisława Szymborska. Szlachetna, dobra, kochająca zwierzęta. Wysuwa rękę, żeby pogładzić kotka, a kocur wpija się jej w środek dłoni. Krew sika na wszystkie strony. Pani Wisława mówi, że to drobiazg, ale to wcale nie taki drobiazg.

Wtedy zrobiło mi się trochę wstyd, że tak pochopnie Szymborską oceniłam jak ten kot. I postanowiłam wrócić na trochę do jej wierszy.

  
„Nic dwa razy” znam na pamięć, ale to nietrudne. Wiersz jest zrozumiały i bardzo rytmiczny, doskonale nadaje się do mówienia pod prysznicem, jeśli ktoś lubi takie rzeczy. Polecam.

A to jeden z moich ulubionych:

Głos w sprawie pornografii

Nie ma rozpusty gorszej niż myślenie.
Pleni się ta swawola jak wiatropylny chwast
na grządce wytyczonej przez stokrotki.

Dla takich, którzy myślą, święte nie jest nic.
Zuchwałe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów- w to im właśnie graj.

W dzień jasny albo pod osłoną nocy
łączą się w pary, trójkąty i koła.
Dowolna jest tu płeć i wiek partnerów.
Oczy im błyszczą, policzki pałają.
Przyjaciel wykoleja przyjaciela.
Wyrodne córki deprawują ojca.
Brat młodszą siostrę stręczy do nierządu.

Inne im w smak owoce
z zakazanego drzewa wiadomości
niż różowe pośladki z pism ilustrowanych,
cała ta prostoduszna w gruncie pornografia.
Książki, które ich bawią, nie mają obrazków.
Jedyna rozmaitość to specjalne zdania
paznokciem zakreślone albo kredką.

Zgroza, w jakich pozycjach,
z jak wyuzdaną prostotą
umysłowi udaje się zapłodnić umysł.
Nie zna takich pozycji nawet Kamasutra.

W czasie tych schadzek parzy się ledwie herbata.
Ludzie siedzą na krzesłach, poruszają ustami.
Nogę na nogę każdy sam sobie zakłada.
Jedna stopa w ten sposób dotyka podłogi,
druga swobodnie kiwa się w powietrzu.
Czasem tylko ktoś wstanie,
zbliży się do okna
i przez szparę w firankach
podgląda ulicę.

I cisza. Wiersz trochę długi, ale prawdziwy. Bo prawdziwym zagrożeniem jest wolna myśl, nie wolna miłość. W niej chodzi o coś więcej. Może inspirować innych, zmienić świat.

Dzisiaj nie jest to może tak oczywiste. Zgadzamy się na manipulację, reklamy i dostrajamy się do cudzych pragnień. Kiedyś było inaczej. Społeczeństwo pragnęło rewolucji, a każdy zalążek wolnej myśli był potencjalnie niebezpieczny. 

Ale teraz też są warunki i miejsca, gdzie wolna myśl bywa naprawdę niewygodna. Oczywiście to sekty, systemy totalitarne i kraje szykujące się do wojny, ale też zwyczajna kaprala rzeczywistość.

Miała pani rację, pani Szymborska.

  

Goniąc króliczka

Mój brat czyta książki w taki sam sposób jak ja. Najczęściej podczytuje je w ciągu dnia, a potem zostawia w dziwnych miejscach. I tak ponownie natknęłam się na „Przygody Tomka Sawyer’a”.

Mój ulubiony rozdział tej książki zaczyna się zdecydowanie kiepsko dla Tomka. Jest dzień wolny i wszyscy chłopcy z okolicy idą robić coś ciekawego. Tomkowi jednak ciotka kazała pomalować parkan, co prawdopodobnie zajmie mu czas aż do wieczora. Dodatkowo Tomek rozpacza nad swoją biedą. Nie ma dość pieniędzy czy zabawek, aby zlecić malowanie komuś innemu.

Sytuacja jest wręcz rozpaczliwa. I tu Tomek wpada na genialny pomysł. Postanawia udać, że malowanie parkanu sprawia mu niewyobrażalną wręcz przyjemność.

  
Tomek odkrywa podstawy marketingu. Jest na tyle skuteczny, że po chwili cała kolejka kolegów czeka na swoją kolej malowania, ciotka nie może wyjść z podziwu i zdumienia a Tomek wzbogaca się o całą serię dziwacznych skarbów, między innymi zdechłego kota i złamany latawiec. 

Rozdział kończy się stwierdzeniem narratora:

„Jeżeli chcemy obudzić w mężczyźnie lub chłopaku pragnienie jakiejś rzeczy, powinniśmy ją przedstawić jako trudną do zdobycia.”

Myślę, że to stwierdzenie nie tyczy się tylko mężczyzn.

Tak więc pomijając kapitalistyczny aspekt całej tej historii, czy nie uważacie, że ludzie bardzo dziwnie pojmują przyjemność? W końcu wiemy, że niektórzy za najwyższe szczęście uważają skoki na bungee, podróż do Patagonii, noc w dyskotece- rzeczy raczej męczące i nie zawsze bezpieczne. 

Ludzie nie zawsze, ale bardzo często pragną rzeczy przede wszystkim trudnych do zdobycia. Uważają je za cenne. Dają się manipulować mediom i wierzą, że tak, to właśnie wczasy na Tajlandii i mistrzostwo świata w boksie dadzą mi szczęście. Odkładają więc radość na potem, kiedy już Bardzo Ważny Cel zostanie spełniony.

  
Nie zdają sobie sprawy, jak bardzo okrutna to strategia. Jeden błąd, mały bałagan w życiu, cień nieuporządkowania i już- w dzisiejszym świecie konkurencji wylatujesz z gry. Masz czwarte miejsce na mistrzostwach, cellulit i imieniny u cioci. Nic pasjonującego, nic modnego. Nie osiągnąłeś celu, czy to oznacza, że zgubiłeś cel życia?

A jeśli dasz radę i sprostasz wymaganiom, marnując całą młodość na przygotowanie, to też nie masz różowo. Osiągnąłeś cel swego życia. Teraz jesteś już w zaświatach. Bardzo Wielki Cel dał tylko mały zastrzyk dopaminy, a wiesz już, że wyżej nie dasz rady się wzbić. Zostaje tylko wegetacja.

Zaznaczam, że nie chcę skreślać ludzi z pasją. Jeśli dążysz do czegoś wielkiego i codziennie odczuwasz satysfakcję z tego, co robisz, rób to dalej. Jeśli robisz coś, czego nie kochasz, bo musisz utrzymać rodzinę i siebie, nie jestem godna, by to wypominać. 

Ale czy nie jest to zastanawiające, że cała nasza kultura kieruje nas ku rzeczom trudnym, efektownym i niepraktycznym? Czy to nam da szczęście? Niekoniecznie.

  
A może to nasze wyobrażenie jest złe? Szczęście bywa bardziej sposobem życia niż stanem w życiu. Dostrzeganiem dobrych stron na co dzień. To jest cel, który osiąga się codziennie. Patrzenie w oczy komuś, kogo kochasz. Gorąca herbata w zimny dzień. Książka, która zmienia całe spojrzenie na życie.

Nie neguję gonienia króliczka. Większość z nas musi zapracować sobie na chleb. Ale nie nastawiajcie się, że złapiecie pana Boga za nogi razem z tym króliczkiem. Nie ma tak.

Życie jętek

Kiedy zamknęłam „Przekleństwa niewinności”, od dawna powinnam już była spać. Przez chwilę poczułam to samo co chłopcy z sąsiedztwa panien Lisbon- fascynację. Oto tajemnica miała zostać wyjaśniona. Jeszcze tylko pięćdziesiąt stron. Jeszcze dziesięć. Za chwilę na pewno opadnie kurtyna.

Oczywiście nie opadła. Zostałam sama w ciemnym pokoju z duchami sióstr Lisbon. Na tyle przerażała mnie perspektywa nocy z tą książką, że idąc po szklankę wody do kuchni zostawiłam ją na blacie. Nie robię tego często.

Co tak naprawdę jest najlepszą rekomendacją tej książki. Taka miała być. Niewyjaśniona i mroczna, prawdziwa historia o samobójczyniach.

  
Jak to się zaczęło? No więc my, narratorzy tej opowieści, chłopcy z małego miasteczka w Ameryce, od dawna obserwowaliśmy siostry Lisbon. Pięć dziewczyn, wszystkie jasnowłose i piękne. Odizolowane przez rodziców. Tajemnicze. Nic dziwnego, że budzą fascynację.

I wtedy najmłodsza z nich postanawia umrzeć. Okazuje się, że Lux, Bonnie, Therese, Mary i Cecilia jednak mają swoje, oddzielne osobowości. Nikt nie wie, dlaczego Cecilia skacze, ale wszyscy starają się zapobiec dalszym wydarzeniom. Niestety, robią to dosyć nieumiejętnie…

Historia opowiadana jest po wielu latach. Chłopcy to już starsi panowie, mają własne rodziny i żony, ale wciąż nie mogą zapomnieć o siostrach. Wielokrotnie analizują pozostałe „dowody”. Wiedzą już, że nigdy nie rozwiążą tajemnicy. Kluczowe informacje siostry zabrały ze sobą do grobu.

  
Ciekawie pokazana jest też degradacja lokalnej społeczności. Kryzys gospodarczy i upływ lat sprawił, że nic już nie pozostało z dawnego miasteczka. Z tej perspektywy siostry wydają się prorokiniami. Nie rozpoczęły, a przewidziały upadek.

Z drugiej strony jest to opowieść o miłości. Tej rodzicielskiej, ukazanej w dosyć gorzki sposób. Bohaterowie powtarzają, że dzieci stają się obcymi ludźmi. Brakuje porozumienia między pokoleniami.

Jest też miłość romantyczna, razem z seksualnym napięciem utrzymującym się między nastolatkami. Jednak nie jest to prawdziwy romans. Chłopcom nie dane jest poznać dziewcząt. Ich miłość wydaje się ponadto czysto cielesna. Nie zastanawia ich, czego siostry tak naprawdę chcą od życia.

No i są też siostry. Trudno powiedzieć, co tak naprawdę nimi kierowało. Czy matka, religijna fanatyczka, znęcała się nad nimi? Czy to też kwestia wieku dorastania, kiedy każdy problem wydaje się końcem świata? Czy to tylko reakcja na śmierć Cecylii?

  
No właśnie. Wbrew pozorom, sytuacja przedstawiona w „Przekleństwach niewinności” jest dosyć prawdopodobna psychologicznie. Według badań, samobójstwa częściej popełniają osoby spokrewnione ze sobą, a zachowanie sióstr jest podobne do osób dotkniętych zespołem stresu pourazowego. I rzeczywiście często jedną z przyczyn bywa niedobór serotoniny.

Jednak sprawa rodzeństwa Lisbon, tak wnikliwie badana przez chłopców, już zawsze pozostanie owiana tajemnicą. Zastanawia zachowanie sąsiedztwa, które zostawiło siostry same sobie. Tak jakby uznało całe zdarzenie za ich winę. To jest bardzo głęboko zakorzenione w naszej mentalności, obwinianie samobójców, przejawia się zresztą w zwrocie „popełnić samobójstwo”. Czy siostry Lisbon ponosiły winę za tragedię? Czy raczej zawiniła rodzina, geny, wychowanie?

Zdecydujcie sami.

Ulubione

Po raz pierwszy usłyszałam piosenkę Kapelanki w kawiarni. Była to Cafè Belg w Częstochowie. Przyprowadził mnie tam kiedyś Sherlock, w jakiś ponury październikowy poniedziałek, a ja od razu polubiłam ten lokal.

To naprawdę miłe, przytulne miejsce. Ma taki specyficzny klimacik, może dlatego, że wszystko tam wydaje się stare i nieco rozlatujące. Tak jakby żadne z krzeseł nie zostało tak po prostu kupione, tylko było w środku od początku świata. Sufity są wysokie, a salki duże. Nad kontuarem wiszą kartonowe owce z główkami Hannibala Lectera- ot, taki wielkanocny żarcik- a na lampie już od października wisi nietoperz.

Siedzi się przy przerobionym sekretarzyku, obok atmosferę ogrzewa piecyk typu koza i jest super.

Chociaż tak naprawdę kupiła mnie jedna konkretna rzecz:

  
Herbata. Jako człowiek uzależniony nie mogłam się oprzeć takim zapasom. Tosty też są całkiem niezłe, chociaż oczywiście nie są tak dobre jak herbata. Nic nie jest.

  
No więc właśnie tam usłyszałam „Latawce”. Przyznaję, nie jestem muzycznym ekspertem. Moim subiektywnym rankingiem rządzą 3 rzeczy: tekst, rytm i oryginalność. A piosenki Kapelanki mają naprawdę niezłe teksty. Szczególnie mój ulubiony numer, „Pociągi”, który jest tak naprawdę jedną wielką, rozbudowaną metaforą zauroczenia. Uwierzcie mi, brzmi to niebanalnie.

Link do „Pociągów”:

https://m.youtube.com/watch?v=TWgeDE9LvwQ

Kapelanka to właściwie siedmioosobowa grupa krakowskich studentów. Muzycy pochodzą z Zakopanego i Częstochowy, co jest plusem dla lokalnego patrioty. Wydali na razie tylko jedną epkę. Ich całkowity dorobek to cztery piosenki. Wszystkie znam na pamięć i trzymam za nich kciuki.

  
Liczebność zespołu na pewno przeważa na ich korzyść. Jeżeli lubicie usłyszeć w piosence solo na trąbkę albo eksperymenty z syntezatorem, to coś dla Was.

Podsumowując, polecam najgoręcej: i zespół, i lokal, i herbatę.

A tu Facebook Kapelanki:

https://m.facebook.com/Kapelankamusic?refsrc=https%3A%2F%2Fpl-pl.facebook.com%2FKapelankamusic

Kot, który obejrzał film o Leninie 

Dobry wieczór, porozmawiamy sobie dzisiaj o panie Konwickim. Być może ludzie młodszego pokolenia nie są do końca zaznajomieni z jego twórczością, więc przypomnimy, że zrobił on 6 filmów i o wiele więcej książek. Najczęściej słyszy się o „Małej apokalipsie”, o „Ostatnim dniu lata” czy „Lawie”. Pan Konwicki ma nadzieję, że drgniecie na dźwięk któregoś z tych tytułów, ale nie za dużą. Nie chce się wydawać nieskromny.

  

Zdjęcie marzeń: monochromatyczne, tajemnicze, z papierosem w zębach.

Historia życia pana Konwickiego jest zawiła, ale smakowita. Pochodzi z okolic Wilna, z wielokulturowej i mistycznej Litwy. W czasie wojny konspirował w AK i przyznaje, że wabiły ich tam nie tylko patriotyczne uniesienia, ale też te zwyczajne. Łączniczki to były piękne dziewczęta.

Mówi, że po wojnie skończył polonistykę i jakoś się przy tym zakręcił. Że wydał pięć książek w podziemiu, ale niezbyt się teraz o nich pamięta. Żeby jakoś przeżyć w świecie cenzury, wstąpił do partii. Mówi, że dobrze było robić filmy, kiedy koniunktura słabła, bo pozwalano na więcej. Bardzo ważna była intuicja, powtarza.

Pan Konwicki mówi naprawdę ciekawie tak o pisaniu, jak i o filmach. Mówi, że film to rzecz bardzo odpowiedzialna, bo jako reżyser jest się odpowiedzialnym za całą ekipę, a książka to sprawa prywatna. Martwi go, że teraz cała Polska pisze, maluje i kręci filmy, a mało kto czyta. Zachwyca anegdotkami z planu. Wyjaśnia, jak się robiło kino, gdy brakowało wszystkiego. Jego filmy są o Polsce, Litwie, wojnie, człowieku i końcu świata. Całkiem niezła lista tematów. Potakujemy. 

 

Mówi o relacjach z ludźmi i kotem Iwanem. Nie jest łatwo, szczególnie gdy ma się żyć 95 lat jak on. Jego żona umarła rok temu. Oświadcza, że nigdy nie powiedział jej, że ją kocha. Że nie lubił demonstrowaniu uczuć i okazywał je inaczej. Jej udało się z nim pożegnać, kiedy poprawiał jej po raz kolejny poduszki czy coś przynosił, bo nie mogła już wstać.

Nie ma co się panem Konwickim bulwersować. On ma jeszcze wartości z innego świata. Wychował się gdzie indziej. Woli być dystyngowany i staromodny. Popiera bicie dzieci w ramach dyscypliny, bo jemu to kiedyś pomogło.

Żyje rozmowami z przyjaciółmi. Ich strumień nie ustawał i nadal nie ustaje. Kiedy razem z Dygatem kolejny raz konwersowali przez telefon na podsłuchu, głos w słuchawce powiedział ” Panowie, już dosyć”. Nawet tajne służby nie dały rady.

Miał kota Iwana, kupionego w sumie dla córek, ale opiekował się nim Konwicki. Dobrze się rozumieli. To chyba też nie był zwyczajny kot.

” Muszę tu przytoczyć fakt bardzo zdumiewający, o którym do dziś myślę. Jednym filmem się zachwycił. Siadł na stole i przez godzinę czterdzieści minut nie oderwał wzroku od ekranu. Miesiącami zastanawialiśmy się z żoną, co to znaczy, bo film był radziecki, o młodym Leninie. Dlaczego go zachwycił? Tłumaczyliśmy sobie, że może dlatego, że sam nazywa się Iwan, może poczuł jakieś związki, fluidy.”

Tadeusz Konwicki, „Pamiętam, że było gorąco”

Pan Konwicki uważa siebie za człowieka o gorącej głowie i chłodnym sercu, jakkolwiek by to nie brzmiało. Po zastanowieniu stwierdza, że tacy ludzie też są w końcu potrzebni.

Pożegnanie z „Lalką”

To dziś ten dzień. Właśnie dzisiaj,po godzinach mozolnego przedzierania się przez rozterki Wokulskiego nadszedł czas by zostawić Stacha i wrócić do normalnego życia. Ach, jak miło jest mi opuścić Izabelę!

 
O ile co do oceny Wokulskiego opinie są różne, wszyscy znani mi ludzie nienawidzą Izabeli. Naprawdę niewiele znam tak jednoznacznych w ocenie postaci. I przez kilkaset stron czytamy historię miłości Stacha do tejże hieny, cały czas mając nadzieję, że da sobie spokój, odkocha się i zajmie czymkolwiek innym.

Parę dni temu pisałam o zmianie postrzegania moralności na przestrzeni dziejów. I o to zaloty Wokulskiego, o ile w dziewiętnastym wieku mogły wydawać się całkiem do przyjęcia, z dzisiejszego punktu widzenia są co najmniej niepokojące. Wokulski zakochuje się w Izabeli na pierwszy rzut oka. Jest zauroczony jej wyglądem, to zrozumiałe i naturalne, ale to, że przez rok ryzykuje życie w imieniu zauroczenia już naturalne nie jest. Rozumiem, że są różne sposoby postrzegania miłości, ale Wokulski nie zamienił z Izabelą nawet jednego zdania. Przykro mi, że trafił na taką harpię jak Iza, jednak było to do przewidzenia.

Ponadto, Stach jest starszy od Izabeli 28 lat. Dlaczego dziwi go, że Izabela jest mniej od niego samoświadoma? Tak została wychowana. Nie została doświadczona przez życie jak Helena Starska. Uczucia Wokulskiego stanowczo biorą górę nad rozumem, skoro tego nie dostrzega. 

Dziwi mnie też brak zainteresowań Wokulskiego i jego skłonności do manii. Z powieści dowiadujemy się, że Stach wiele lat poświęcił naukom przyrodniczym i jest to jego pasja. Jednak w powieści nadmieniono, że w ciągu 2 ostatnich lat nie zajrzał do żadnej z naukowych książek. Dlaczego? Co zajmowało mu czas? Wiemy, że pracował i uczył się angielskiego, też bardziej z obsesji Izabelą niż zainteresowania- czy robił coś dla przyjemności? Czytał coś? Nie mamy takich informacji ( pomijam okres odtruwania się po Izabeli).

Wokulski był wręcz chorobliwie skryty. Zwierzał się tylko Szumanowi i Rzeckiemu, ale nie był z nimi do końca szczery. Ignacy dowiadywał się o wielu ważnych decyzjach Stacha z plotek- nie uważacie, że to raczej przykre?

W ogóle Rzecki jest moją ulubioną postacią w „Lalce”. On serio dba o Wokulskiego i przejmuje się jego losem. Ma swoje wady, jednak jest w nich bardziej ludzki. Łatwo mu współczuć i kibicować.

  
Nie będę zbytnio narzekać na kompozycję „Lalki”. Jest nieco rozwlekła, ale pisana była jako powieść w odcinkach. Była przystosowana właśnie do takiej formy wydawniczej.

Bardzo ciekawą interpretację „Lalki” oferuje Olga Tokarczuk w ” Lalce i perle”. Polecam. To dużo ciekawsza rzecz niż to, czego uczą nas w liceum.

Podsumowując, uważam „Lalkę” za całkiem niezłą powieść. Nie nazwałabym jej może ponadczasową. Ale najbardziej irytuje mnie sposób nauczania „Lalki” w liceach, który wymusza nieskończone powtarzanie nieistotnych szczegółów i utartych stwierdzeń, tak naprawdę obrzydzając lekturę. Nie wiem, czy można to robić w inny sposób.

„Lalka”, jako powieść długa i skomplikowana, nie sprzyja takiemu systemowi nauki. To podejście tylko jej szkodzi. Poza tym, kto nazywa dwóch ważnych bohaterów książki Starski i Stawska? Niezbyt przyjazne dla czytelnika.

Cieszy mnie w „Lalce” nieczęste w naszej kulturze przedstawienie przedsiębiorcy jako pozytywnej postaci. Fajne, że Prus nie powiela stereotypów popularnych do dzisiaj i rzeczywiście czegoś nas w ten sposób uczy.

Dziecko poniedziałku

Naprawdę nadzwyczajna historia jest w tym”Just Kids” Patti Smith. Wspomnienia Patti są aż nieprawdopodobne, cała jej podróż z ławki w Central Parku do The Rock and Roll Hall of Fame. Pogaduszki z Bobem Dylanem i śniadania z Indianinem- mistykiem. Jednak ja jej wierzę.

 
Patti to narrator budzący sympatię. O innych ludziach wypowiada się z szacunkiem. Nie wykorzystuje książki do osobistej zemsty. Oprócz tego podziwiam jej pasję i upór. Patti szczerze mówi o swojej drodze do sławy. Nie ukrywa popełnionych błędów. Cały czas jest świadoma, że nie napisała tych wspomnień dla siebie.

Robert Mapplethorpe to pierwsza miłość oraz najlepszy przyjaciel Patti. Robert nigdy nie znika z opowieści na długo. Czuć, że utwór wcale nie traktuje o niej, tylko o nich. O parce poniedziałkowych dzieci. 

Relacja trudna do zdefiniowania, trochę małżeństwo, trochę braterstwo.    Dwie smukłe figury z szopami na głowach. Po prostu dzieciaki, razem odkrywające świat sztuki. Zawsze wierne wobec siebie nawzajem. Nawet mimo budzącego się homoseksualizmu Roberta nie złamały przysięgi i pomogły sobie nawzajem dotrzeć do sławy.

Robert i Patti byli przede wszystkim artystami. Miasto, w którym żyli- Nowy Jork przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych- to ostoja ludzi sztuki. Choć brakuje pieniędzy na chleb, w knajpie można spotkać Hendrixa albo Ginsberga i uczyć się od najlepszych. Galeria dziwactw i sław z ubiegłego wieku uwodzi. Trudno nie zatęsknić za idealizmem poniedziałkowych dzieci.

  
Imponuje mi ich siła. W całym swoim zafascynowaniu sztuką Robert i Patti byli skromni, chcieli tylko wciąż się uczyć i tworzyć. Nigdy nie zwątpili w siebie nawzajem. Choć każde ułożyło już sobie jakoś życie, pozostawali w przyjaźni, porozumiewając się sobie tylko znanymi kodami. Żyli w swoim własnym świecie pod niebieską gwiazdą.

„Just Kids” sprawiło, że jestem dumna, że urodziłam się w poniedziałek. Nawet jeśli to tylko zwykły zbieg okoliczności.

Nasze czasy

Obsesją człowieka jest tworzenie rzeczy ponadczasowych. Ludzie mają w sobie ukrytą potrzebę przełamania śmierci, upewnienia się, że coś jednak po nas zostanie. Pragną żyć chociaż w ludzkiej pamięci. Oprócz Woody’ego Allena, oczywiście.

„Nie mam ambicji osiągnięcia nieśmiertelności poprzez swoje filmy. Wolałbym ją osiągnąć nie umierając”

Niestety, tak naprawdę nie mamy zbyt wielkiego wyboru. Dlatego piszemy książki, zakładamy fundacje i na wszelkie sposoby podlizujemy się bogom, tak wielka jest w nas wola życia.

Co oczywiście nie oznacza, że nie można mieć innej motywacji do pisania książek, zakładania fundacji albo podlizywania się bogom. Ludzie mają różne priorytety.

Istnieje taki literacki mit dzieła ponadczasowego, którego znaczenie nie ulega zmianie bez względu na upływający czas. Ma być równie rewolucyjne tuż po powstaniu, jak i sto lat później. Istnieje kilka książek, które możnaby zaliczyć do tej kategorii, jak „Don Kichot” czy „Zbrodnia i kara”, ale to jest już sama ekstraklasa, najlepsi z najlepszych. Dlaczego tak niewielu udaje się uzyskać tekst o nieśmiertelnej wartości, choć starają się wszyscy?

Cóż, czasem się nie starają. Czasem autor nie jest zbyt mądry, czasem ma problemy albo po prostu pecha. Normalne.

Jednak upływ czasu zmienia nasze postrzeganie świata w sposób moralny. Weźmy Arystotelesa- był nie tylko filozofem, ale też rasistą, mizoginem, nie szanował zwierząt i propagował elitaryzm. Niezbyt miło. Trudno go jednak winić- w jego czasach i kulturze właśnie takie normy były szanowane. Ciekawe, że nigdy nie miał co do nich wątpliwości, choć sam cierpiał z powodu rasizmu jako Macedończyk w Atenach.

Nie możemy przewidzieć, czy zachowania przedstawione przez nas w książce nie zostaną za sto lat uznane za szokujące i niewłaściwe ( pomijając „Lolitę” Nabokova. Ona na pewno będzie niewłaściwa). Normy moralne zmieniają się coraz szybciej i coraz częściej dewaluują się nasze poglądy. Ale czy to źle?

Mówi się, że tylko świnia nie zmienia zdania. Czy w obliczu dowodów nie powinniśmy zmieniać przekonań? W końcu wciąż uczymy się czegoś nowego jako kultura. Jeszcze wiele przed nami.

Czy można więc powstrzymać nieubłagany czas?

„Don Kichot”, „Zbrodnia i kara”, „Anna Karenina” mają jedną wspólną cechę. Zrozumienie. Autorzy nie silą się na moralizatorstwo. Są świadomi własnej niewiedzy i przedstawiają tylko świat widziany ich oczami. 

Nigdy nie powinno się być zbyt pewnym posiadania racji. My jej wcale nie musimy mieć. Nie jesteśmy politykami. Pomyłki są nieuniknione i warto weryfikować własne zdanie od czasu do czasu.

Inwazja komunistów

Dziś odbywa się komunia mojego młodszego brata. Właściwie już po wszystkim, obrządek skończony i pijemy kawę z rodziną. Ze wszystkich zeszło powietrze. Dobrze wyszło. Udało nam się o niczym nie zapomnieć. Dzieciaki też się spisały, mówiły pewnie i z przejęciem tak, że na mszy zrobiło się trochę zabawnie, trochę rozczulająco.

  
Gratuluję przede wszystkim mojej mamie. Myślę, że to rodzice martwili się uroczystością bardziej niż dzieci. W końcu to pierwszę takie wydarzenie naprawdę dla maluchów ważne, takie jedyne w życiu. Na chrzest byli za mali, urodziny są co roku. Stąd przed komunią rozpoczyna się targowisko próżności. Sklepy żerują na poczuciu odpowiedzialności gości i rodziców. Wszyscy próbują dać z siebie jak najwięcej.

Moja mama to wieczna pesymistka, odwrotnie niż ja i tata. Trudno znosi wszystkie rodzinne imprezy, szczególnie jeśli to my je organizujemy. Teraz też nie było łatwo. Najpierw negocjacje o alby, droższe od garniturów i pięć razy mniej praktyczne, ale wybrane przez klasę brata ze względów ekonomicznych (też tego nie zrozumieliśmy), potem w ostatnim momencie zmieniono nam salę i okazało się, że będziemy siedzieć razem z trzema innymi komuniami. Mamę strasznie stresowało powodzenie imprezy, w końcu rodzina nie spotyka się za często. Na szczęście w ostatniej chwili w magiczny sposób znalazło się dla nas miejsce.

Także brawo mamo, udało nam się. Czas świętować. Brat też zadowolony. W albie wygląda jak mistrz kung fu przed walką życia.

Pomoc w kopercie

Jeśli chodzi o wolontariat, główną przeszkodą w zostaniu wolontariuszem jest brak czasu. Dojazd, szkolenia, sama pomoc- wszystko to bywa czasochłonne. Na szczęście istnieją akcje wymagające od uczestnika tylko czystej koperty.

Ale obiecuję, tym razem nie chodzi o pieniądze.

 Marzycielska Poczta to organizacja zajmująca się utrzymywaniem kontaktu listownego z chorymi dziećmi. Ze względu na rehabilitację maluchy nie mają czasu na normalne kontakty z rówieśnikami. Celem Marzycielskiej Poczty jest wsparcie dzieciaków na duchu i po prostu ofiarowanie im małej chwili radości. Przypomnijcie sobie, jak w dzieciństwie skakaliście na widok koperty z Waszym nazwiskiem. One czują to samo.

   
Można wysyłać paczki, kartki albo zwyczajne listy. Włączenie się do akcji jest bardzo proste. Wystarczy wejść na stronę Marzycielskiej Poczty. Nie trzeba podawać żadnych informacji na swój temat. Na stronie umieszczono profile wszystkich dzieci razem z ich adresami, opisami zainteresowań, listami ulubionych bajek, rodzin, historii choroby i tak dalej. Uwaga, dzieci nie zawsze są w stanie odpowiedzieć listownie. Często dziękują wolontariuszom za kontakt w komentarzach pod własnymi profilami.  Strona akcji jest ogólnie bardzo wygodna i prosta w obsłudze. 

Z doświadczenia polecam Marzycielską Pocztę jako naprawdę satysfakcjonującą i wygodną formę wolontariatu. Mam nadzieję, że i Wy znów sięgniecie po papeterię.